Wychodzi. Patrząc na niego zawsze mam takie uczucie, że więcej go nie zobaczę. Tym razem przychodzi dość szybko. Przynosi jakąś ciecz w rodzaju zupy, która ma tę jedyną zaletę, że jest ciepła.

Dziś nasz szop staje do kontroli. Idziemy na Umschlag. Dźwigam plecak na ręku, palto. Jurek swoje rzeczy cisnął po drodze do jakiejś dziury.

— Jeżeli będę żył, przyjdę po nie, przecież teraz nikt nie kradnie.

— Zabierz choć zimowe palto ze sobą.

— Nie nudź. Och, kobieto, jak możesz teraz myśleć o palcie zimowym, przecież do zimy daleko.

Mimo wszystko noszę swoje rzeczy. Jeżeli będziemy żyć, to przecież trzeba mieć koszulę na zmianę. Opowiadają, że wszystkie rzeczy z dzielnicy wywożą dniami i nocami. Jeśli wrócimy, już nic nie zastaniemy.

— Chętnie bym cię zbił — mruczy Jurek — mówisz jak głuptas.

— Wiem, że nas zabiją, ale jeżeli nie, to będziesz musiał mieć sweter i palto... To chyba już ostatnia blokada.

— Ostatnia, bo już będzie po nas?

— I to, i że to chyba generalne oczyszczenie. Małą grupę zachowają na pokaz. Tak, kto teraz przetrwa, już wygrał wojnę.