— Shass Maria, pielęgniarka.
— Nikt cię nie będzie pytał, ale na wszelki wypadek. Niedługo dzienny dyżur kończy się, wyjdziesz stąd. Bóg da, wyjdziemy z Umschlagu, a jutro trzeba się postarać wyjść z „kotła”.
Tegoż wieczoru wychodzę jako Maria Shass z Umschlagu, a w dwa dni później wszystkich lekarzy i cały personel lekarski wywożą ze szpitala. Znów spotykamy się z małą grupką znajomych, dziwnym trafem pozostałych z naszego szopu. Jurek organizuje nas.
— Słuchajcie, w pojedynkę nikt nie wyjdzie. Zrobimy tak: ja pojadę do Hofmanna i poproszę go, aby dał nam coś w rodzaju wezwania.
Stoimy na ulicy. Jest nas kilkanaście osób. Zmęczeni siadamy na schodkach jakiegoś dawniejszego sklepu, kilku siada na własnych plecakach.
— Jadę.
— Jureczku, może ci się coś stać, przecież to bardzo niebezpiecznie.
— Muszę ciebie ocalić!
Wyjmuje swój dokument, świadczący, że pracuje w szopie w dziale aprowizacji i ma prawo wyjeżdżać na pl. Przeładunkowy. Wszelkie dokumenty nie mają właściwie żadnego znaczenia, są zależne od widzimisię legitymującego Niemca.
Więc Jurek jedzie, a ja zostaję wśród czekającej na jego pomoc grupy; jestem strasznie głodna i z obrzydzeniem decyduję się na sacharynowy chleb. Minuty biegną wolno, tak długo go nie ma. Ależ minęło zaledwie pół godziny! Wcześniej niż za godzinę nie można go się spodziewać. Przecież Hofmann nie od razu zgodzi się na podpisanie dokumentu, cóż go obchodzi jakaś grupka Żydów? Tylu zginęło, jeszcze kilkunastu nie ma znaczenia.