Przypatruję się wylękłym ludziom. Przez opodal stojącą „wachę” przechodzą nieliczne już wylegitymowane grupy. Szczęśliwcy!
Wreszcie Jurek przyjeżdża zziajany.
— Jesteście! Całą drogę prześladowała mnie myśl, że wyciągają wszystkich takich jak wy, bezprawnych, z powrotem na Umschlag. Na naszej ulicy jeszcze nie byli.
Formujemy się w szeregi po cztery osoby, dwoje dzieci bierzemy między siebie, półroczną dziewczynkę matka usypia i pakuje w plecak, jeżeli ją znajdą, grozi nam wszystkim śmierć.
Spokój. Podchodzimy do „wachy”. Jurek podaje dokument, przy tym tłumaczy coś długo. W końcu SS-man machnął ręką. Wychodzimy. Wolność. Idziemy szybko. Udało się. Przecież ten świstek nie miał żadnego znaczenia. Ale oto dogania nas dwóch Litwinów i SS-man. Zawracają nas.
— Chcieliście mnie oszukać! — ryczy SS-mann. Jurek pokazuje pieczątkę z orzełkiem pod podpisem Hofmanna.
— Ja waszego Hofmanna mam... — tu następuje szereg nieparlamentarnych wyzwisk. — Odejdźcie, bo będę strzelał!
Odchodzimy. Znów ten sam róg ulicy i te same schodki. Siadamy. Kobieta wyjmuje śpiącego dzieciaka z worka, co teraz robić?
— Jedź, Jurku, do Hofmanna, nie możesz się narazić na śmierć przeze mnie.
— Nie mów głupstw, zresztą nie wiem nawet, czy by mnie przepuścili. Raz się udało, ale to jeszcze nie dowód, że mogę sobie spacerować tam i z powrotem.