— Są jeszcze inne bramy — mówi ktoś — przez jedną nie udało się, pójdziemy przez drugą.
— Oficjalnie nie przejdziemy — mówi Jurek — trzeba obgadać z jakimś Litwinem.
Znów formujemy grupę.
— Ach, żeby moja mała nie obudziła się — lamentuje kobieta z dzieckiem w worku.
Przed bramą na Gęsiej przy Lubeckiego stoją sami Litwini. Tam to kierujemy się. Stajemy w pewnej odległości. Jurek podchodzi sam. Litwini w każdej chwili mogą go zastrzelić. Drżę.
Litwini przez chwilę rozmawiają między sobą. Przeglądają dokument, z którego nie rozumieją ani słowa. Po kwadransie Jurek wraca.
— Ile mamy zegarków? Trzeba przygotować dla pięciu, a dla starszego trzy. Chcieli po dwa, utargowałem. Sprawa wygląda tak: oni nas przepuszczą, ale uprzedzili, że gdy nas w drodze do szopu przychwycą — kulka w łeb. „Wacha” nie przyzna się, że nas przepuszczała. No co? Decydujecie się!
— Naturalnie, że zgadzamy się, jeśli uda ci się nas przeprowadzić, będziesz bohaterem. Będziemy ci zawdzięczać życie.
— Nie gadajcie dużo, dawajcie szybciej zegarki.
Zdejmuję zegarek z ręki. Dostałam go w dzień matury, wskazywał mi wszystkie szczęśliwe minuty. Do widzenia, zegarku! Będzie cię nosić jakaś Litwinka albo Niemka. Nie wierzę w przesądy ani w przekleństwa, ale teraz przyciskam zegarek do ust i szepczę: sprowadź nieszczęście na nowego właściciela, sprowadź nań szybką, straszną śmierć!