Zegarki zmieniają właścicieli.
— Może być taka sytuacja — mówi Jurek — że trzy kroki za „wachą” zaczną do nas strzelać, po nich można się wszystkiego spodziewać, tym bardziej, że już zegarki dostali.
Idziemy przez zupełnie opustoszałe dzielnice. Lubeckiego, Pawiak. Dom rodziców. Przed bramą nie widać żadnych trupów. Boże, czemuż nie mogę do nich pobiec. Szybciej, szybciej. Przechodzimy obok Pawiaku, tam są Niemcy. Żeby nas tylko nie usłyszeli! Wydaje nam się, że stukamy obcasami. Kobiety zdejmują pantofle. Jakieś dziecko rozpłakało się, momentalnie zawiązuje mu się szal wokół ust. Dźwigam wypchany plecak, mój jedyny majątek. Nie mam sił i cała mokra od potu czuję, że za chwilę upadnę.
Boże, jak długo idziemy Karmelicką. Czy z daleka nie widać żołnierzy? Serca przestają bić, zamieramy na chwilę. Nadchodzą Niemcy. Iść, stanąć? Czy o kilka minut drogi od szopu mają nas zabić? Po cóż więc były te wszystkie wysiłki? Niemcy idą wprost na nas. Dochodzimy do Nowolipek i biegiem do szopu. Z daleka nas spostrzegli nasi. Otwierają wrota. Padamy za ogrodzeniem. Jeszcze raz ocaleni.
Wyjście z getta
Po ciężkiej, nieprzespanej nocy świt. Szykuję się do przejścia na aryjską stronę. Kładę na siebie dwie zmiany bielizny, trzy sukienki, jedną na drugą, palto, żakiecik na ramię — gotowa. Jurek prowadzi mnie do jednej z bram, przez które wychodzą grupy za mury. Oto i moja placówka. Grupa ludzi zbiera się w jednym punkcie. Za kilkaset złotych kierownik grupy zabiera za każdym razem niepracujących, którzy chcą przejść „granicę”. Żegnamy się. Jurek udziela mi ostatnich instrukcji: „nie trać głowy, od ciebie samej wiele zależy”.
Przy wyjściu rewidują nas. Wiemy dokładnie: za każdą znalezioną rzecz, którą się chce, w ich mniemaniu, wynieść na sprzedaż, biją, zatrzymują, aby potem odesłać na wywózkę. Każdy prawie „placówkarz” daje rewizorowi niemieckiemu srebrną monetę.
W końcu przechodzimy. Z daleka jeszcze widzę Jurka, jak stoi blady. Chciałabym uciec, wrócić do niego. Boję się!
Warszawa śródmieście. Idę w szeregu. Dwa lata już tu nie byłam. Rozglądam się. Widzę spokojnych ludzi, tramwaje, auta, pojazdy, sklepy, handel, życie. Tylko mur nas dzieli, tylko kilkadziesiąt kroków, a tu życie, tam śmierć. Idziemy prosto Żelazną, podchodzimy do miejsca pracy. Przed bramą stoi kilku podejrzanych młodzieńców, którzy pilnie nam się przypatrują. To „szmalcownicy” już stoją na warcie — informują mnie „placówkarze”. Przez cały dzień pilnują, aby ktoś z „placówkarzy” nie wyszedł na miasto. Jeżeli odważy się, otaczają go momentalnie, aby od niego wydostać okup, a gdy zatrzymany przez nich nie ma dostatecznej sumy, prowadzą go na żandarmerię.
Co pewien czas prowadzą ofiary na śmierć, żeby uzyskać miano prawdziwych łapaczy Żydów. Nie zawsze poznają Żyda w wychodzącym, ale to się rzadko zdarza.