Placówka pracy — to fabryka walizek. Telefonuję do Aliny i innych znajomych, ale ludzie po prostu boją się ze mną rozmawiać, wyczuwam to. Może wrócić? Jak zdobyć dokumenty, jak sprzedać kamienie, u kogo zatrzymać się? Jest jeszcze kilka osób na placówce, które szykują się do wyjścia, są i tacy, którzy byli po aryjskiej stronie i wrócili.

Gdy przysłuchuję się ich opowiadaniom, dowiaduję się, że strona „wolności” naszej jest bardziej niebezpieczna, niż myślałam. Są tu ludzie, którzy przychodzą codziennie, czekając na znajomych, którzy mają przyjść po nich, odprowadzić do przygotowanego locum, dostarczyć im dokumentów, niektórzy wydali już na to ogromne pieniądze. Nie, myślę, ja sobie nie dam rady. Po kilku godzinach nieoczekiwanie kierownik placówki wywołuje moje imię.

— Przyszli po panią.

— Po mnie?

Sto par zazdrosnych oczu kieruje się na mnie: szczęśliwa!

W kancelarii na mój widok podnosi się jakiś nieznajomy mężczyzna lat czterdziestu.

— To pani jest panią Emą?

Naiwnie i szczerze opowiadam mu o wszystkim. W pewnej chwili widzę zdziwienie na jego twarzy. Okazuje się, że p. S. handluje biżuterią i p. Alina przysłała go tylko w celu obejrzenia moich kosztowności, nie uprzedzając go, kim jestem, i że w fabryce, w której się znajduję, pracują Żydzi.

Jestem rozczarowana.

— Może panią odprowadzić do jakiejś znajomej? — proponuje w końcu. — A co do dokumentów, dowiem się u jednego znajomego, który się tymi sprawami zajmuje.