Jeżeli teraz z nimi nie wyjdę, wrócę dziś z powrotem do getta. Następne przejście będzie znów kosztowało. Zresztą, jeżeli osobiście ze znajomymi nie rozmówię się, to nic z tego nie wyjdzie.
Decyduję się iść do Gerty. W ostatecznym razie jutro przez tę samą placówkę mogę wejść do getta, jeżeli okaże się, że Gerta jest na wsi.
Wychodzimy. Przed bramą stoją „szmalcownicy”, ale jakoś szczęśliwie nas nie zatrzymują. Na ulicy chodzę jak pijana. Każdy przechodzący Niemiec przyprawia mnie o niesamowity strach. Przed mieszkaniem Gerty żegnamy się.
— Jutro przyjdę z odpowiedzią co do dokumentów, no i pani biżuterię mogę sprzedać.
Drzwi mieszkania Gerty otwiera mi starsza kobieta. Gerty nie ma w domu, ale ma niedługo wrócić. Zaczekam. Kobieta — domyślam się, że to sublokatorka — podaje mi w kuchni krzesło, sama krząta się, szykując obiad.
— A pani co, znajoma?
— Tak.
— Pani do nas nigdy nie przychodziła.
— Jestem z Zieleńca, ze wsi, gdzie pani Gerta była na letnisku.
— Aha...