— Eryku, nie trzeba tej ofiary, cenię twój zamiar, ale ten chłopczyk czytać nie umie i książka mu jest niepotrzebna.

Oczy Eryka rozświetliły się na chwilę.

— Więc nie trzeba mu oddawać jej? — A potem znów zaszły mgłą smutku. — Szkoda.

Tak, szkoda, Eryku. Nie będzie mógł zapomnieć o swej drodze, która zaprowadzi go do wolności czy do śmierci?

Nie, nie doczekał mały chłopczyk szczęśliwej wolności. Dwa miesiące potem policjanci polscy złapali nieszczęśliwe dzieci na wsi i powieźli na żandarmerię, gdzie je zamordowano.

Wygraliśmy życie na patefonie

Wieczorem siedzimy przy stoliku. Ala, Cybulski, Jurek i ja. Gramy w bridża. Lampa karbidowa jasno świeci. Ciepło, za oknem deszcz.

— Nie liczysz — strofuje mnie Jurek. — Jak ty licytujesz?

Rzeczywiście nie myślę o kartach, myślę o rodzicach, mam stale przed oczyma ich zgarbione postaci. Idą przed siebie w zło nieznane, idą moi najdrożsi staruszkowie, wymęczeni, a zewsząd czyhają szpony wroga. Wloką nogi po ziemi, na której nie ma dla nich miejsca, a ziemia jest taka wielka. Gardło ściskają tłumione łzy. Ach, jak chętnie rzuciłabym karty. Ale przecież muszę panować nad sobą. Ala i Cybulski chcą grać, nie trzeba im psuć partii.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Światło lampki karbidowej zamigotało od prądu powietrza. Wpadło dwóch policjantów z wycelowanymi karabinami.