Chodzi o to, aby ich serca nieco zmiękły przy wódce, ale oni wzbraniają się.
— Nie, nie, nie.
Staramy się jeść spokojnie, ale wszystko nam rośnie w ustach. Jeżeli nie chcą pić, to znaczy, że nie będzie można ich przekupić. Jemy możliwie najdłużej. Policjanci poganiają nas: Prędzej! Prędzej!
Pojawia się trzeci policjant. Dotychczas pilnował stojących na podwórzu.
Cybulski gęsto tłumaczy się, że przyszedł na godzinkę na karty, że wszyscy go znają, jako kierownika szkoły. W końcu pozwalają mu odejść. Godzą się na to, aby Ala została w domu, chodzi tylko o nas. Policja przyjechała na rowerach, a dla nas każą szykować wóz. Jurek kładzie kurtkę, ja palto.
— Kiedyś musiało to nastąpić, maleńka!
Jest blady, zrezygnowany. Wychodzimy na podwórze, przystępujemy do wozu.
Ciemno, pada deszcz.
— Usiądźcie z przodu — mówi policjant — my za wami.
„Czy w taką noc można uciec z wozu?” — myślę.