Wreszcie, wychwalając swoją szlachetność, godzi się na pieniądze i wymienia tak zawrotną sumę, że i dziesiątej jej części nie mamy.

Targi. Wydaje mi się, że już nic się nie poradzi. Wszystko, co mamy, to śmiesznie mało w porównaniu z tym, czego żąda. Targi trwają.

— Dajcie złoto! — woła.

— Ale skąd mamy je wziąć, czy pan myśli, że każdy Żyd jest nadziany złotem, że ma fabrykę dolarów? Niektórzy wprawdzie mówią, że można mieć złote słowa, złote serce, ale przecież nie takiego złota chcecie. Człowieka męczą w getcie, zostawia wszystko i ucieka w jednej koszuli na drugą stronę. Jeżeli nawet bierze ze sobą coś z biżuterii, to przecież musi żyć za to. Skąd brać takie olbrzymie kapitały?...

W końcu czuję się tak zmęczona tym targiem o życie, że siadam na krześle i Jurek obok mnie. Ala obrabia komisarza. Opowiada mu jakieś anegdoty, ciągnie za kurtkę. Przekonywuje19, błaga, prosi. W pokoju, w którym rozmawiają, stoi patefon. Komisarz nastawia płytę, jakiegoś obertasa. Jeden z pozostałych policjantów wchodzi do nich, drugi zostaje, pilnuje nas.

Siedzimy zbolali. Czy dziś nas zabiją? Może i tym razem jeszcze się uda? Mamy czterdzieści dolarów. Możemy z tego oddać najwyżej dwadzieścia, a dwadzieścia choć mieć na dalszą prolongatę życia, która coraz częściej wydaje się nam niemożliwa. Jeżeli nawet uda się tym razem ocaleć, będziemy musieli stąd jak najprędzej wiać. Ale dokąd? W każdym razie zupełnie bez pieniędzy bylibyśmy straceni.

W tej chwili słyszę głos komisarza:

— Ach, pani żartuje, pani nas obraża. Za takie grosze mamy ich zostawić? No, no! Co pani sobie o nas myśli? My jesteśmy ludzie solidni, nie jakaś tam pętakeria, która za takie rzeczy bierze dwadzieścia dolarów.

Teraz Ala jeszcze raz próbuje częstować solidnych ludzi wódką i tym razem udaje się jej. Po kilku kolejkach policjanci stają się weseli i bardziej rozmowni. Nastawiają płyty. Coraz to inna melodia, huczna, wesoła polka, kujawiaczek i obertasek.

— Nasza stypa — mówię do Jurka.