Sytuacja jest wyjątkowa. Siedzimy ubrani w palta, gotowi do wyjazdu, czekając na decyzję: życie lub śmierć na wpół pijanych drabów, którzy na razie bawią się, wesoło przytupując obcasami: hop sa-sa, hop sa-sa. Piękne jest życie!
Pilnujący nas policjant o zakazanej dziobatej mordzie kryminalisty biada nad nami:
— Pewnie, śmierć to, panie, psia jej mać cholera, rzecz niewesoła, ale trudno, jak trzeba, to trzeba.
Powtarza to w kółko. To jego dewiza. Jak trzeba, to trzeba służyć Niemcom, jak trzeba, to trzeba zabijać Żydów, jak trzeba, to trzeba rabować, a nam jak trzeba, to trzeba umierać przez draństwo, podłość, przez takich drabów o gębach kryminalistów. Mija godzina za godziną. Jest trzecia w nocy. Nasza męka trwa już osiem godzin, jesteśmy zupełnie wyczerpani.
— Widzisz — szepcze Jurek — jak dobrze, że nie ma tu twoich rodziców, mojej matki z Zosią.
— Tak, ale co z nimi?
Zawsze w ciemne deszczowe noce myślę o tym, że może teraz nie mają dokąd wejść, strudzeni błąkają się po drogach. Bezdomne, tropione zwierzęta. Znów donośny głos:
— Podoba mi się patefon! Wezmę go i te pieniądze, tylko że trzeba jeszcze tam coś dołożyć.
Znów targi. Dodajemy jeszcze jeden tysiąc gotówką, którą mieliśmy przygotowaną dla Ali za miesiąc.
Żegnamy się. Musimy draniowi podać rękę, jak gdyby nic nie zaszło.