— Możecie teraz zostać.
Rozumiemy, że teraz możemy zostać, ale po upływie dwóch dni przyślą kolegów, którzy znów wypompują z nas ostatnie grosze. W końcu, kiedy już nie będzie się czym opłacić, wezmą nas na żandarmerię, gdzie za dostarczenie Żydów bohaterscy policjanci dostaną pochwałę od żandarma za gorliwe spełnianie obowiązków i po dwa kilo cukru lub pół litra wódki od osoby.
Nareszcie wyjeżdżają.
Tym razem wygraliśmy życie na patefonie.
Nazajutrz, gdy siedzimy przy ostatniej kolacji, niespostrzeżenie wsuwa się do pokoju Olszewski. Przyjechał na rowerze. Rozmowa nie klei się. Niedługo stąd wyjeżdżamy.
Bolutek siedzi markotny.
— A tak żeśmy się, panie, zżyli. O, psiekrwie, skurczybyki, przepraszam za wyrażenie, przez tę naszą bohaterską policję, przez tych chamów jedziecie.
Milczymy.
— Jeżeli wam potrzebne wymeldunki, to wam je wydam, jakoś się zrobi na lewo.
— Dobrze, jeżeli będą nam potrzebne, zwrócimy się do pana w Warszawie.