— Ach, to pani? — kłania się jeden z nich.

Poznaję w nim policjanta Jurowskiego, który wraz z kolegą przyjechał na wywiady zaraz po naszym przybyciu na Sławek.

— Te panie zatrzymano, posądzone są o pochodzenie żydowskie, oświadczyły, że idą na Sławek. Więc pójdziemy razem.

Po drodze wypytuje mnie, jak długo Eryk jest na Sławku. Każą mu odpiąć spodenki. Idę obok nich nieprzytomna, na Sławku jest odprawa — zakonspirowane zebranie, na które przyjechało około 20 osób. Co robić? Jak ich uprzedzić, gdzie Jurek? Po prostu ciągnę nogi, staram się chodzić jak najwolniej, ale każdy krok niemiłosiernie i bezapelacyjnie zbliża nas do wesołego drewnianego domku, w którego ścianach za chwilę rozegra się tragedia.

Wchodzimy na podwórze. Teraz wypadki rozgrywają się z taką szybkością, że trudno mi samej się zorientować, jak wszyscy znaleźliśmy się w pokoju, gdzie było zebranie.

Jak przez mgłę przypominam sobie Alę, wołającą na grubiańskie przywitanie policji: „wolnego, wolnego, jeszcze ja tu jestem gospodynią!” (wieczna jej werwa), jak te rozwścieczone draby wpadły, gnając nas do pokoju, gdzie wszyscy, ostrzeżeni przez straż mężczyźni, wstali od stołu.

— Cóż to za zebranie? — zawołał jeden z policjantów. — Dawać dowody!

Zebrani wyciągnęli rewolwery, gotowe do wystrzału.

— Oto nasze dokumenty.

Policja schwyciła również za broń. Chwila śmiertelnej ciszy, a potem: