— Strzelaj! — zabrzmiał głos jednego z organizatorów. — I my możemy strzelać, nabojów nam starczy, tylko weźcie panowie policjanci, dwie rzeczy pod uwagę: nas jest dużo, was mało. Poza tym mam nadzieję, że chociaż służycie Niemcom, wiecie jednak o tym, że jesteście Polakami. Natrafiliście na polskie zebranie wolnościowe. Jeżeli nam chcecie szkodzić, to wiecie zapewne, jaki los was czeka. Takie rzeczy wam bezkarnie nie ujdą.

Cisza. Policjanci chrząkają.

— Myśmy po was nie przyjechali teraz, więc i dowody wasze nam nie potrzebne, chodziło nam tylko o waszą rasę (!!!), ale widzę, żeście Polacy, poznaję kilku z was — (było tam kilku miejscowych nauczycieli, urzędników gminnych) — nic wam, naturalnie, nie zrobimy. Możecie być spokojni, pozwólcie nam tylko rozprawić się z tymi zatrzymanymi Żydówkami i z tym Joskiem (Eryk).

— Ten mały, to Żyd? Niemożliwe!

— Ha, ha, sprawdzone.

— Pani dowód? — pyta policjant.

Podchodzę do szafki i wyjmuję „kennkartę”.

— A gdzie mąż?

— W Warszawie — odpowiada za mnie Ala.

Domyślam się, że udało jej się go ukryć, za co dziękuję Bogu.