Wracają pozostali policjanci, obszukali dom, nie znalazłszy nikogo.
— Kim pani jest? — pyta mnie policjant.
— Przecież pan trzyma moje dokumenty.
— Dokumenty mogą być sfałszowane. Te kobiety też zwiały z getta, mają fałszywe dokumenty, a jeszcze jaka bezczelna: Żydówka ma niemieckie dokumenty!
„Niemieckie dokumenty” wymawia po prostu z szacunkiem, jakby wspomniał jakąś świętość.
Ironia losu! Czyż może być bardziej prawdziwy dokument od dowodu Gerty? Niestety, musi milczeć, bo za przechowanie dziecka grozi jej tak samo kara śmierci, jak za pochodzenie. Eryk jest blady jak śmierć. Gerta wydobywa z torby przywiezione z sobą karty, chcąc go uspokoić, gra z nim w jego ulubioną grę. Policja rewiduje torby kobiet, wyciąga z torebki fotografie, przeglądając pilnie notatki.
— Co za bezczelność nosić przy sobie fotografię polskiego oficera! — wybucha znów jeden z policjantów.
— To mój mąż, który walczył o Polskę — odpowiada głuchym głosem Zosia. — Niejedną jego fotografię noszę przy sobie.
Zebrani siedzą, jak na przedstawieniu czy w sądzie, gdzie „najwyższy trybunał” w postaci trzech ordynarnych drabów „sądzi” cztery kobiety i jedno dziecko.
„Sądzi za rasę” i wydaje jednogłośnie wyrok śmierci. Zebrani członkowie organizacji wolnościowej okazują żywe zainteresowanie tym obrazkiem, ale nie zabierają głosu w tej sprawie. Szepczą tylko, że Ala, znająca jak wszyscy członkowie organizacji instrukcję o niemieszaniu się w sprawy żydowskie, co może zawsze zagrażać bezpieczeństwu i może naprowadzić, jak to się stało obecnie, na ślady organizacji, powinna była być obojętniejsza.