— Gdy zagrasz na lutni pieśń ku mojej chwale, zjawi się zaraz uboga dziewczyna. Weź ją do siebie i nie opuść nigdy. Wspominaj o mnie, gdy znajdziesz się na dworze cesarskim. Miejsce owo obrałam sobie i chcę tu wraz z dzieciątkiem moim mieszkać. Każ mi tu zbudować duży, ciepły dom. Synaczek mój nad śmiercią odniósł zwycięstwo, nie dręcz się, bo zawsze będę przy tobie. Przeznaczono ci jeszcze czas krótki chodzić po ziemi, dziewczyna cię będzie pocieszać aż do śmierci, aż do chwili, gdy wstąpisz w dziedzinę323 wiecznego spokoju i radości.

— Głos Matyldy! — wykrzyknął pielgrzym, padł na kolana i począł się modlić. Wtem, poprzez gałęzie trysnęła ku niemu światłość. Co dojrzał w promieniu, jaki cud mu został objawiony, tego opisać ani odmalować człowiek nie potrafi. Postaci zamajaczyły delikatne, powiały ku znużonemu spokój i radość, szczęśliwość niebiańska szła od tej zjawy. Jakiś gmach lśnił, a martwe w nim przedmioty, naczynia, kolumnady, kobierce i ozdoby, słowem wszystko, co tu na ziemi zrobione bywa sztucznie324, roślinie soczystej podobne było, a więc wyrosło wytworzone z cząstek, co się zbiegły dobrowolnie na wyższy rozkaz. Postaci tam były ludzkie, piękności ogromnej. Poruszały się w światłości, ponad wyraz wszelki wylane wzajem dla siebie325 i zbratane z sobą. Na pierwszym planie ukazała się kochanka326 pielgrzyma. Wydawało się, że pragnie doń przemówić, do niego jednak nie dobiegł żaden dźwięk. Pielgrzym spoglądał na ukochaną z nieopisaną tęsknotą. Uśmiechała się doń, kładąc dłoń na lewą pierś. Pociecha i ukojenie płynęły od jej postaci. Wędrowiec leżał długo jeszcze na ziemi, upojony widzeniem niebiańskim, choć zjawisko dawno znikło. Promień święty uleczył wszystkie rany, zabrał kędyś wszelkie troski, serce stało się znowu czyste i lekkie, duch zatrzepotał skrzydłami i poczuł się swobodny i lotny jak niegdyś. Nie pozostało nic prócz cichej, tajemnej tęsknoty, prócz smętnego akordu, gdzieś w świętym świętych serca327. Ustąpiły dzikie męki samotności, próżnia po stracie, co tak boli, zasłana mgłami nieświadomości i niepokoju nicość, i śmiertelne znużenie ciała, co krzyża udźwignąć nie może. Otoczyło go znowu życie, wszedł w gęstwę ciekawego, pełnego tajnych znaczeń święta zjawisk. Głosy ożyły, słowom powróciło znaczenie, wszystko stało mu się teraz zrozumialsze jak dawniej, pełne proroczych znaków, a śmierć wydała mu się wyższym objawieniem nowych kategorii życia. Spoglądał na swe własne, znikome istnienie z dziecięcym, beztroskim wzruszeniem. Przyszłość i przeszłość zetknęły się skrzydłami w jednym punkcie — w świątyni jego serca i zawarły wieczyste z sobą przymierze. Uniósł się kędyś daleko, poza chwilę obecną, a świat stracony stał mu się teraz właśnie nieskończenie drogi. Był pośród świata obcym, gościem, któremu chwilę jeszcze krótką danym było przechadzać się po jego barwistych328 komnatach.

Wieczór nadszedł, ziemia leżała u jego stóp jak stara, znana dobrze izba, do której wkraczał po długim oddaleniu.

Wspomnienia płynęły długim korowodem. Zapragnął odzobaczyć329 każdy kamień, każde drzewo, każde wzgórze, bo wszystkie zjawy dokoła stały się znakami, pomnikami długiej historii.

Chwycił za lutnię i zaśpiewał:

Stopcie się sny gorejące

W jedno słońce...

Gdzie mnie losy dziś zawiodły,

Nad te szczyty, nad to morze,

Gdzie objawień zeszły zorze,