— Na cóż zda się długie zwlekanie — mówił stary. — Wczesne wesele, długa miłość. Zauważyłem, że ci, co się wcześnie pobrali, byli w małżeństwie najszczęśliwsi. W latach późniejszych nie ma już tego zapału w małżeństwie, co czasu młodości. Wspólnie przeżyta młodość to nić nierozerwalna. Wspomnienia to najtrwalsza podstawa miłości.

Po kolacji przyszło jeszcze kilku znajomych. Henryk poprosił swego nowego ojca, by dopełnił obietnicy. Klingsohr odezwał się do zgromadzonych:

— Przyrzekłem dziś Henrykowi opowiedzieć bajkę, jeśli państwo chcecie, jestem gotów.

— To bardzo dobry pomysł ze strony Henryka — rzekł Schwaning. — Już dawno nic twojego nie słyszeliśmy.

Usiedli przy kominie, na którym płonęły drwa, Henryk zajął miejsce przy Matyldzie i otoczył ją ramieniem.

Klingsohr opowiadał:

Noc właśnie zapadła. Stary bohater217 uderzył w swą tarczę, aż zagrzmiała donośnie po pustych ulicach miasta. Powtórzył hasło trzykrotnie. Rozjaśniać się zaraz poczęły wysokie, różnobarwne okna pałacu, a postacie w nich różne poczęły się ukazywać i poruszać. Biegały coraz szybciej, w miarę jak czerwonawe światło wzrastało. Poczęło już oświetlać ulice. Równocześnie rozjaśniać się poczęły olbrzymie słupy218 pałacu, a nawet mury. Wreszcie rozbłysły czystym, niebieskomlecznym219 światłem, mieniąc się najcudniejszymi barwami. Można było już teraz widzieć całe miasto, postacie rzucały cienie, krzyżowały się i migały ich włócznie, miecze, hełmy pochylały się w stronę zjawiających się tu i ówdzie koron. Wreszcie, gdy korony znikły, by zrobić miejsce prostemu, zielonemu wieńcowi, wszystkie postacie otoczyły wianek zwartym kołem. Wszystko to odbijało się w zmartwiałym, jakby zaśnionym morzu otaczającym górę, na której leżało miasto, a nawet poza morzem, w dali ciągnący się dokoła pas gór wysokich różowił się odblaskiem światła. Wyraźnie nie było można tam niczego dostrzec, słychać natomiast było dochodzący z oddali dziwny łoskot, jakby z olbrzymiej płynący kuźni. Miasto za to jasno oświecone było. Gładkie, przejrzyste mury domów odbijały pięknie promienie, a wykwintny styl budynków, ich szlachetne proporcje i zgrupowanie występowały wyraziście. W każdym oknie stały piękne naczynia gliniane pełne najprzeróżniejszych kwiatów ze śniegu i lodu, które połyskiwały przecudnie.

Najczarowniej wyglądał ogród położony na wielkim placu, przed pałacem. Rosły tam metalowe drzewa, rośliny z kryształu obwieszone kwiatami i owocami z klejnotów, a przeróżne ich kształty i jasny blask różnokolorowych kamieni zachwycały oczy. Pośrodku ogrodu wznosił się w górę słup wody, zamarzłego w lód wodotrysku. Stary bohater wolnym krokiem zbliżył się do bram pałacu. Jakiś głos zawołał go po imieniu. Oparł się o bramę, która otworzyła się zaraz, dźwięknąwszy cicho. Wszedł do sali, zasłaniając tarczą oczy.

„Czyś nie znalazł niczego?” — spytała ze skargą w głosie220 piękna córka Arktura. Leżała na jedwabnych poduszkach tronu wyrzeźbionego sztucznie221 z jednego olbrzymiego kryształu siarki. Służebnice gorliwie krzątały się dokoła niej. Nacierały piękne jej członki, które wydawały się z mleka i purpury. Spod ich rąk tryskało światło. Biło z pięknej dziewczyny i oświecało wspaniały pałac. Wiatr pachnący wiał po sali. Bohater milczał.

„Pozwól mi dotknąć twej tarczy” — rzekła słodko. Zbliżył się do tronu i wstąpił na kosztowny dywan. Królewna pochwyciła jego dłoń, przycisnęła do cudnego łona, a potem dotknęła tarczy. Zbroja bohatera szczękła222 przecudnym akordem, a ciało jego przeniknęła moc ogromna. Oczy jego rozbłysły, a serce donośnie bić poczęło, aż pancerz jęczał. Piękna Freja223 poweselała, a światło z niej płynące stało się jeszcze żywsze.