I załkał stary król.

Eros patrzył wzruszony na powitanie. W końcu zapanował nad sobą starzec i powitał gościa. Chwycił swój wielki róg i zadął weń. Grzmiący dźwięk wstrząsnął prastarym grodyszczem244. Kończyste wieżyce245 uwieńczone połyskliwymi gałkami i spuściste246, czarne dachy zadrżały. Ze247 wszech stron nadbiegła służba. Dziwne ich postacie i stroje spodobały się Ginnistan, nie zatrwożyły też dzielnego Erosa. Ginnistan witała się ze starymi znajomymi. Ujrzała wszystkich w rozkwicie sił i przecudnej pełni różnomiennych natur248. Dziki duch przypływu ustąpił łagodnej odpływu mocy. Stare, zdyszane huragany złożyły drgającą pierś na ziemię, targaną namiętnymi wstrząśnieniami. Dżdże rzęsiste opadły, a poza nimi wytoczył się na niebo różnobarwny łuk. Wisiał blady, daleki, bo słońce go ciągnie ku sobie nieprzepartą mocą. Grzmot gromki łajał błyskawice, psotnice skryte za nieprzeliczonymi chmurami, co tysiącem ponęt wabią do się ognistych młodzieńców. Siostry, ranek i wieczór, cieszyły się najbardziej z przybycia gości. Płakały słodkie łzy wesela, pieszcząc ich. Opisać się nie da uroku tego dziwnego dworu. Stary król nie mógł się dosyć nacieszyć córką. Ona też czuła się nieskończenie szczęśliwa w grodyszczu ojcowskim i z rozmiłowaniem oglądała bez końca znane sobie z dawna cuda i rzadkie zbiory. Radość jej doszła do zenitu, gdy jej ojciec wręczył klucz od skarbca i upoważnił urządzić tam dla Erosa wspaniałe widowisko, które by go zajęło aż do chwili, kiedy dany będzie sygnał odjazdu.

Skarbiec był to wielki ogród, a przepych jego i różnorodne bogactwa przewyższały wszelki opis. Pośród olbrzymich drzew przebłyskiwały niezliczone pałace napowietrzne dziwnej konstrukcji, a jeden był piękniejszy od drugiego. Wielkie trzody jagniąt o runie srebrnobiałym, złotym i różowym pasły się, różne zaś inne zwierzęta zamieszkiwały gaje. Dziwne posągi stały tu i ówdzie, a uroczyste pochody249 i pojazdy przepiękne, ukazujące się i znikające wśród gęstwy drzew, więziły uwagę widza. Na grzędach rosły cudne kwiaty, w jałowcach250 zaś mnóstwo było różnorakiej broni, pięknych dywanów, obić, firanek, pucharów, naczyń i przyborów kosztownych. Na wzgórzu Ginnistan i Eros ujrzeli romantyczny kraj, zasiany miastami i grodyszczami, świątyniami i cmentarzyskami. Łączył on powaby zamieszkałych równi z ponurą wspaniałością pustyni i urwistych skalisk grozą.

Przepyszne barwy spływały się i rozpływały w niepojętej piękności półtonach. Iglice wierchów połyskiwały jak ogień bielą swych szat śnieżnych, równie251 i ubocze zaścielała zieleń soczysta. Dal jawiła się w cudnej, szafirowej, ciągle zmieniającej się szacie, a na ciemni morza leżały liczne plamy białych żagli. Na drugim planie, w głębi, tonął okręt, bliżej wieśniacy spożywali w pokoju dary ziemi, tam cudnym i strasznym ział ogniem wulkan i ziemia wstrząsana siłami wnętrznymi drżała i pękała, tu para zakochanych, siedząc pod drzewem, oddawała się słodkiej rozmowie i pieszczotom. W dali wrzała krwawa bitwa, a bliżej patrzących widniał teatr pełen śmiesznych masek. W innej stronie widziałeś zmarłą dziewicę w otwartej trumnie, a obok zrozpaczonego kochanka i rodziców, w głębi zaś młodą matkę z dziecięciem przy piersi, u nóg jej aniołka. Inne aniołki ponad jej głową spoglądały poprzez gałęzie drzewa.

Sceny zmieniały się bezustannie i wreszcie spłynęły się w jedno, tajemnicze, ogromne widowisko. Niebo i ziemia się rozpętały. Wszystkie straszydła zerwały się z uwięzi. Ogromny głos jakiś wołał: „Do broni!”. Wielkie wojsko szkieletów z czarnymi sztandarami jako burza spadło z gór ciemnych i rzuciło się na żywych, którzy nie przeczuwając napaści, pląsali po jasnych równiach, święcąc dni młodości i wesela. Porwał się huragan ogromny, ziemia drżała, ryczał wicher, a w ciemni nocnej poczęły padać wielkie, czerwono świecące meteory. Z okrutną mocą wojsko duchów rozdarło żywych na strzępy. Stos ogromny się wzniósł szybko i pośród ogłuszającego wrzasku skazanych płomienie pożarły synów życia. Nagle z ciemnego kopca popiołów wytrysnęła szafirowo-mleczna kaskada, na wszystkie strony siejąc kroplami. Duchy rzuciły się do ucieczki, ale fala wzbierała w oczach i pochłonęła wreszcie czarne potomstwo nocy. Niebawem wyginęły straszydła, a niebo i ziemia spłynęły jedno w drugie dźwiękami cudnej muzyki. Na łagodne, rozkołysane fale spłynął cudny kwiat. Łuk połyskliwy zawisł nad polami, a na jego mieniącej łusce zamajaczyły postacie bogów siedzące na tronach wspaniałych. Zofia siedziała najwyżej, pośrodku, z wagą w ręku, a obok niej cudnej urody mężczyzna z wiankiem dębowym na skroni i palmą pokoju miast252 berła w ręku.

Lilia pochyliła się nad kielich pływającego na falach kwiatu. Wśród białych lilii płatków siedziała Bajka, uderzała w struny harfy i śpiewała przesłodkie pieśni. W kołysanym falą kwiecie, pochylony nad śpiącą dzieweczką cudnej urody, widniał sam Eros. Dziewczynka objęła go rękami. Inny kwiat przychylił się do nich, objął splecionych uściskiem, tak iż zdawali się jakoby jednym kwiatem o dwu twarzach.

Eros podziękował Ginnistan za przecudne widowisko. Objął ją ramieniem. Odwzajemniła pieszczotę. Znużony daleką drogą i różnymi wrażeniami zapragnął Eros spoczynku. Ginnistan, poczuwszy skłonność do pięknego młodzieńca, wystrzegała się wspominku o napoju, który im Zofia dała na drogę. Zaprowadziła Erosa do oddalonej rzeczułki, zdjęła zeń zbroję, a sama ubrała się w strój nocny, w którym ponętnie i pięknie wyglądała. Eros zanurzył się w niebezpiecznej fali i wyszedł z jej nurtów upojony. Ginnistan obtarła jego młodzieńcze członki pełne siły i życia. Przyszła mu na myśl jego ukochana, uczuł wielką za nią tęsknotę i... w słodkiej ułudzie objął piękną Ginnistan w ramiona253. Bez skrupułów dał się unieść namiętności i zasnął w końcu, po spełnieniu kielicha rozkoszy, na cudnych piersiach swej towarzyszki.

Tymczasem w domu zaszły smutne zmiany.

Pisarz uwikłał służbę w niebezpieczny spisek. Wrogi jego umysł z dawna szukał sposobności opanowania rządów domu i zrzucenia swego jarzma. Sposobność się teraz znalazła. Zwolennicy Pisarza pochwycili przede wszystkim matkę i zakuli ją w kajdany. Również i ojca osadzono w ciemnicy na chlebie i wodzie254. Mała Bajka, posłyszawszy zgiełk w pokoju, ukryła się poza ołtarzem, a spostrzegłszy w jego tylnej ścianie drzwi, otwarła je i dojrzała schody prowadzące w głąb. Zamknęła drzwi za sobą i poczęła zstępować na dół. W tej chwili do pokoju wpadł Pisarz z zamiarem pomszczenia się na Bajce i pochwycenia Zofii. Ale nie znalazł ni jednej, ni drugiej, brakło też czary. Rozwścieklony potrzaskał w kawałki ołtarz, nie spostrzegłszy jednak tajnych schodów.

Bajka szła czas długi. Wreszcie wydostała się na wolną przestrzeń. Był to rodzaj groty otoczonej dokoła przepiękną kolumnadą. W tylnej ścianie znajdowała się wielka brama. Była zamknięta. W grocie panował mrok — ale mimo to wyraźnie rysowały się w niej liczne posągi. Powietrze było tam niby olbrzymi cień, na stropie widniała czarna, a jednak połyskująca gwiazda i mimo ciemności wszystkie szczegóły występowały wyraźnie, gdyż wszystko, każda figura była pomalowana innym odcieniem koloru czarnego, a przy tym rzucała poza siebie jasny cień. Jaśń255 i ciemność zamieniły tutaj wzajem widocznie role. Bajka ucieszyła się, że widzi inny, nowy świat i oglądała wszystko z dziecięcą ciekawością. Wreszcie podeszła ku bramie, przed którą na ciężkim, kutym postumencie leżał piękny sfinks.