„Eridanie270, przynieś lutnię!” — zawołał król.
Z szumem spadł potok perlisty ze stropu, a Bajka wyjęła narzędzie muzyczne271 z jego połyskliwych fal.
Uderzyła kilka proroczych akordów, a król kazał jej podać puchar. Skosztowała napoju i podziękowawszy stokrotnie, pobiegła dalej.
Przecudnym jaskółczym kręgiem frunęła nad niebo polarne272, przygrywając w locie.
Gdy poczęła stąpać po lodzie, rozbrzmiewał on pięknymi akordami. Skała smutku na dźwięk ten pomyślała, że słyszy głosy swych powracających i szukających jej dzieci. Odgrzmiała przeto tysiąckrotnym echem.
Bajka wnet dosięgła brzegu przeciwległego. Szła chwilę, aż spotkała swą matkę. Była blada, wynędzniała, smukła i poważna. Na szlachetnej jej twarzy widniały ślady beznadziejnego smutku i wzruszającej wierności.
„Cóż się to działo z tobą matko droga? — spytała Bajka. — Jesteś całkiem zmieniona, gdyby nie wewnętrzne przeczucie zgoła bym cię nie była poznała. Stęskniłam się za tobą, pragnęłam nieraz orzeźwić się twym pokarmem”.
Ginnistan przytuliła córkę do piersi i poweselała zaraz.
„Myślałam sobie — rzekła — że cię Pisarz pochwycić nie zdołał. Widok twój mnie orzeźwia. Źle mi się powodziło i jest jeszcze nieszczególnie, ale wnet się z tego otrząsnę. Może teraz znajdę chwilę spoczynku. Eros jest tu w pobliżu, gdy cię zobaczy i wda się z tobą w rozmowę, może zabawi tu czas jakiś. Tymczasem chodź, przysuń się do mej piersi, dam ci co mam”.
Wzięła Bajkę na kolana, podała jej pierś i spoglądając na małą, co ssała z rozkoszą, ciągnęła dalej: