„Sama jestem winna, że Eros stał się tak dziki i niestały. Nie żal mi jednak tego, com zrobiła, gdyż chwile spędzone w jego objęciach uczyniły mnie nieśmiertelną. Myślałam, że rozpłynę się w jego ognistych uściskach. Wydawało mi się, że ten niebiański napastnik chce mnie okrutnie zniszczyć, by dumnie zatryumfować nad drgającymi zwłokami swej ofiary. Zbudziliśmy się późno z upojenia grzesznego, w jakże jednak odmiennym stanie. Długie, srebrzystobiałe skrzydła spływały z jego ramion, osłaniając giętkie i pięknie zaokrąglone członki. Wydawało się, że siła, która go nagle z młodzieńca uczyniła mężem, cofnęła się niby fala i skryła w owych skrzydłach srebrnych... stał się na powrót chłopcem. Cichy i skupiony w sobie żar jego spojrzenia rozprysł się w migot błędnych ogników na łące, święta powaga zmieniła się w szydercze drwinki, a spokój w ruchliwość dziecięcą. Czułam, że namiętność nieprzezwyciężona pcha mnie ku kapryśnemu chłopcu i jego pogardliwy uśmiech i obojętność na najczulsze prośby zadawały mi ból straszny. Zmieniłam się też bardzo. Beztroska wesołość ustąpiła miejsca smutkowi, trosce i tkliwej nieśmiałości. Rada bym była ukryć się wraz z Erosem przed oczyma wszystkich. Nie miałam odwagi spojrzeć w jego oczy, gdzie się czaił obrażający mnie uśmiech szyderczy i czułam się strasznie zawstydzona i poniżona. Wciąż tylko o nim myślałam i byłabym oddała życie, by go wyleczyć z przywar dziwnych273.

Od czasu, gdy mi się w całej swej słodkiej potędze objawił i odleciał, mimo łez gorących i zaklęć, by został ze mną, idę wszędy jego śladem. Zdaje mi się, że uwziął się drażnić mnie. Ilekroć go pochwycę, ulatuje dalej podstępnie. Łuk jego szerzy wokół spustoszenie. Nic nie robię więcej prócz tego, że pocieszam nieszczęśliwych z jego winy, sama tak bardzo potrzebując pociechy. Głosy tych biedaków, wzywające mnie, wskazują mi drogę, kędy przeszedł, a bolesne skargi, gdy ich opuszczam, przeszywają mi serce. Pisarz ściga nas z nieopisaną zaciętością i mści się nad zranionymi. Z tej czarownej, tajemniczej nocy urodziło się mnóstwo dziwnych dzieci. Podobne są one do dziadka i noszą wszystkie jego imię. Uskrzydlone jak ojciec towarzyszą mu wszędzie i dręczą biedaków trafionych jego strzałą. Patrz, oto tam nadciąga wesoły orszak. Muszę odejść, bądź zdrowa, drogie dziecko, gdy on jest w pobliżu, budzi się moja namiętność. Bądź wytrwała i szczęsna w twym przedsięwzięciu”.

Eros chciał odlecieć dalej, nie obdarowawszy ani jednym spojrzeniem Ginnistan, która ku niemu podbiegła, ale ujrzał Bajkę. Zwrócił się tedy do niej z życzliwością. Jego mali towarzysze poczęli dokoła tańczyć wesoło. Bajka uradowana, że widzi brata mlecznego, pochwyciła lutnię i śpiewała wesołą pieśń. Eros zamyślił się, po chwili odłożył łuk i strzały. Jego mali towarzysze zasnęli na murawie. Ginnistan nadbiegła i pochwyciła go. Musiał przyjąć jej pieszczoty. W końcu sen począł go też morzyć, przytulił się do jej łona i zasnął, zakrywszy Ginnistan rozpostartymi skrzydłami. Znużona biedaczka uczuła się niezmiernie szczęśliwa i nie odwracała oczu od zaśnionego274. Równocześnie wszędzie pojawiły się tarantule. Pokryły trawę połyskliwą, cudną siatką i poczęły się kołysać w takt pieśni na swych nitkach.

Bajka dodała otuchy matce i obiecała jej rychłą pomoc. Skały odbijały echo słodkiej pieśni, co kołysała śpiącego. Ginnistan wydobyła starannie dotąd ukrywane naczynie, rzuciła w powietrze kilka kropel płynu i najcudowniejsze sny spadły na oboje. Bajka zabrała z sobą czarę i udała się w dalszą podróż. Lutnia jej nie umilkła, a tarantule, pełzając po szybko snutych niciach, poszły za nią.

Ujrzała niedługo jasny płomień, co bił wysoko z olbrzymiego stosu wznoszącego się ponad szczyty drzew lasu. Zasmucona podniosła wzrok ku niebu, ale w tej chwili zjawił się jej na pociechę błękitny welon Zofii wysoko nad ziemią rozpostarty, falujący z powiewem wiatru. Kładł się nad przepaściami, by je zakryć na wieki. Słońce rozpłomienione gniewem stało na niebie, potężny płomień wysysał zeń skradzione światło, promień po promieniu i choć, jak się wydawało, broniło się dzielnie, bladło coraz bardziej i okrywać się poczęło plamami ciemnymi. Płomień stawał się coraz bielszy i potężniejszy, w miarę jak gasło słońce. Wsysał w siebie światło coraz chciwiej i wnet gloria otaczająca gwiazdę dnia znikła. Słońce wisiało teraz spełzłe, słabo połyskując, a z każdą uciekającą falą promieni wzbierała w nim wściekłość i zawiść. W końcu został zeń tylko czarny, przepalony żużel, który niebawem spadł i zatonął w morzu.

Płomień natomiast jaśniał ponad wyraz wszelki. Wzniósł się z wolna w górę i popłynął na północ.

Bajka weszła na podwórze domu. Jakże pusto tu było... jakże strasznie wyglądały ruiny. Ciernie rosły w szczelinach gzymsów okien, a robactwo wszelakiego gatunku roiło się na zbutwiałych schodach. Nagle posłyszała w pokoju straszny zgiełk. Pisarz i jego sprzymierzeńcy nasycali się widokiem śmierci na stosie, jakiej ofiarą padła matka, wtem spostrzegli275, że słońce zagasło.

Daremne czynili wysiłki, by zagasić płomień i sami przy tym ponieśli276 rany. Z bólu i strachu miotali straszne przekleństwa i skargi żałośliwe. Przerazili się jeszcze bardziej, spostrzegłszy wchodzącą do pokoju Bajkę i rzucili się z wielkim wrzaskiem, by wreszcie na niej wyładować swą wściekłość. Bajka skryła się za kołyskę, a prześladowcy umotali277 się w pajęczynę tarantul, które obsypały ich tysiącem jadowitych ukąszeń. Poczęli szalenie wić się i tańczyć, a Bajka przygrywała im wesołą piosneczkę. Naśmiawszy się do syta z ich śmiesznych min i podrygów, poszła ku ołtarzowi i uprzątnęła jego szczątki, by znaleźć ukryte schody. Znalazłszy poczęła zstępować w dół, a tarantule szły za nią. Gdy przyszła do pierwszej groty, sfinks spytał: „Co biegnie szybciej jak błyskawica?” — „Zemsta” — odparła Bajka. „Co najszybciej mija?” — „Nieprawe posiadanie”. „Kto poznał świat?” — „Ten, który poznał samego siebie”. — „Co jest wieczystą tajemnicą?” — „Miłość”. — „Gdzie mieszka?” — „U Zofii”.

Sfinks skrzywił się z niezadowoleniem... a Bajka bramę otwarła i weszła do jaskini sióstr.

„Oto macie tarantule!” — zawołała do sióstr, które tymczasem zapaliły swą lampę i dalej pilnie pracowały. Przeraziły się bardzo, a jedna z nich porwała nożyce i poskoczyła ku Bajce, by ją przebić. Przypadkiem jednak nastąpiła na tarantulę, która ją natychmiast w nogę ugryzła. Krzyknęła przeraźliwie. Inne wiedźmy pośpieszyć jej chciały z pomocą, ale także padły ofiarą rozwścieklonych278 owadów. Nie mogły złapać Bajki i skakały, dziko pokrzykując.