Wysłuchawszy strasznej nowiny, porwałam się z miejsca z głośnym okrzykiem: „Dobrze mi tak, dobrze mi tak za to, że mi się zachciało piękniejszej maski niż ta, którą mnie przy urodzeniu obdarzyła moja mateczka na spółkę z jakimś drabem spod ciemnej gwiazdy! Z góry wiedziałam, że nic z twoich obietnic nie będzie; drugi raz nie dam się już wziąć na kawał. Głupia byłam, żem ci uwierzyła! Ładnieś mnie urządził, nie ma co mówić!”.
Zmieszany zalotnik bąkał coś pod nosem, pocieszał mnie i upewniał, że wszystko jeszcze da się naprawić — ale ja nie dałam mu przyjść do słowa.
Chwycił więc za płaszcz i co tchu pobiegł w kierunku stajen jego przewielebności. Tam zginając się do ziemi przed każdym najmizerniejszym służką, uzyskał wreszcie wstęp do koniuszego i wymógł na nim wydanie przewielebnego ogiera. Ja tymczasem niecierpliwie wyglądam przez okno w oczekiwaniu rezultatu zabiegów mego kochanka.
Do wrót biegnie spocony i zdyszany hajduk207 i z daleka już woła: „Zaraz będzie wierzchowiec! Już go prowadzą!”.
W istocie za chwilę widzę rwącego się rumaka, przytrzymywanego za cugle przez jakiegoś draba, który nie mogąc sobie dać rady, klnie siarczyście, i z przyjemnością słyszę, jak u wrót mego domu tłoczy się ciżba ulicznych andrusów z krzykiem, oznajmiającym każdemu przechodniowi: „Signora z tego domu wybiera się na maskaradę”. W ślad za wierzchowcem zjawia się mój kochanek rozradowany jak słoneczko majowe i mówi mi: „Trzeba ludzi wysłać naprzód”.
Ucałowałam go na przeprosiny i kazałam sobie podać aksamitny płaszcz, który mi miał przynieść jego służący. Okazało się, że pijak-hajduk o poleceniu zapomniał. Musiał więc sam pan co prędzej po płaszcz skoczyć. Gdy wdziewałam pluderki, oczy moje padły na kosztowne podwiązki mego kochanka, były zachwycające! Szepnęłam jedno gorące słówko i podwiązki znalazły się w moim ręku; w zamian oddałam swoje, też bardzo ładne, ale mało warte! Wreszcie toaleta moja była skończona! Wśród tysiąca grymasów, kaprysów i zalotnych spojrzeń dałam się wreszcie usadzić w siodle i ruszyliśmy w drogę. Kochanek mój jechał u mego boku, na koniku dość niepozornej postury i trzymał mnie ciągle za rękę, szczęśliwy i dumny z powodzenia.
Podjechaliśmy z wolna do kramów, gdzie sprzedają owe wyzłocone jajka, zawierające we wnętrzu wodę różaną; kiwnęłam z konia na jakiegoś włóczęgę i kazałam podać sobie całą zawartość jednego kosza; oczywiście za sprawunek musiał zapłacić mój miły; bez słowa protestu ściągnął z szyi kosztowny łańcuch i oddał go w zamian za kupę pozłacanych skorupek, które wnet rozrzuciłam na prawo i na lewo. Ruszyliśmy dalej, trzymając się za ręce, ale niedługo było tej czułości.
Niebawem znalazłam się wśród hałaśliwego, roześmianego tłumu masek, który mnie uniósł ze sobą. Odjeżdżając, widziałam z dala markotne oblicze zalotnika.
Po Borgo i po Banchi przejechałam dwa razy z rzędu galopem, nie zważając na pryskające na kosztowny czaprak208 błoto.
Jeszcze coś pięć czy sześć razy w ciągu tego dnia spotykałam się ze swym kochankiem; za każdym razem odpowiadałam na jego pozdrowienia obojętnie i od niechcenia, ot tak, jak się odpowiada na ukłon nieznajomego.