Natychmiast po przybyciu wpadł w moje łapki; udałam, że mnie zachwycił swoim gładkim liczkiem, a on tym bardziej się puszył, im ja większą miłość mu okazywałam.
Po mieście zaczęły chodzić słuchy, że świata poza nim nie widzę i że jak szczapa wyschłam już z miłości.
„Całkiem ją wzięło”, mówiono. „Zupełnie głowę straciła”. „I dla kogo? Dla smarkacza, któremu jeszcze mleko na wargach nie obeschło”.
Ja milczałam jak zaklęta, ale chodziłam zbolała, tęskniąca i niespokojna. Nie mogłam sypiać po nocach i jeść przestałam.
Wspominałam jego imię co chwila, o niczym innym mówić nie chciałam, wysyłałam ciągle do niego służebne, a wszystko to tak dobrze było udane, że ludziska gotowi się byli założyć, iż ja wreszcie w srogie popadłam terminy197.
Zaś ów żółtodziób, który na tej całej komedii zarobił parę sutych kolacji i kilka miłosnych nocy — chełpił się wszędzie swym powodzeniem, a na znak prawdziwości swych opowiadań każdemu, kto chciał i kto nie chciał patrzeć, pokazywał niewielkiej wartości turkus, ofiarowany mu przeze mnie.
Ja zaś powtarzałam mu bez końca: „Nie trap się brakiem pieniędzy; musisz je mieć i będziesz je miał. Wystarczy jedno małe słówko! Wszystko, co posiadam, należy do ciebie — ja cała twoją jestem”.
Te zapewnienia wbijały go w niepomierną dumę; chodził pyszny jak paw po Banchi, a gdy go palcami pokazywano, nadymał się jeszcze więcej.
Pewnego wieczoru zapukał do mych wrót wysoki możny dostojnik; ukryłam spiesznie młodzieńca w alkowie, a sama pobiegłam otworzyć.
Dostojny gość wszedł, rozsiadł się wygodnie, a spostrzegłszy czyściutkie białe prześcieradło, świeżo z komory wyjęte, zawołał szyderczo: „I dla kogóż to przyszykowałaś owe płótno, kto go dotknie pierwszy, pewnie ten twój Ganimedes198?” „Zgadliście, panie! — odparłam z godnością — on, a nie kto inny; kocham go bowiem i ubóstwiam nad życie, sługą jego jestem, a choć i innych pieszczotami obdarzam, czynię to tylko dla pieniędzy”.