— Dzięki, przykro mi, że Ty też cierpisz.

— Nie! Nie powinno. To moja przyjaciółka. Miłość związana jest z każdym aspektem naszego życia, nawet tym niełatwym, na szczęście swoją mocą rekompensuje wszystko i reszta staje się nieważna. Dlatego musimy się jej trzymać.

— Dzięki, serio i... Masz rację. — Wstając, cmoknął ją w czoło i uśmiechnął się, ale był to grymas wymuszony, naznaczony bólem. Ludzie, których dotknęła tragedia, nigdy nie uśmiechają się tak samo, ale zawsze jest to podobny wyraz oczu. Obserwowała uważnie jak odchodzi i z przyjemnością zanotowała, że wyrzucił zmiętą paczkę papierosów, może coś innego będzie go trzymać przy spokojniejszych nerwach... „Jeżeli miłość jest, jeżeli jest prawdziwa”.

Zerknęła na zegarek, dopiła kawę i ruszyła na uczelnię. Po drodze pogrążona w myślach, wpadła na równie zamyślonego Pana. Skoncentruj się — przemknęło jej przez myśl.

Nie zgadzała się na taki obrót spraw. Julka miała żyć długo i szczęśliwie! Powinna już się szykować, stawać na starcie do poważnego biegu po sukces. Nikt z rodziny nie przypuszczał, ani tym bardziej ona sama, że grunt się nagle zachwieje i powstanie przepaść, w którą łatwo się zapaść. Wraz z jej życiem zachwiało się życie innych, bliskich i dalszych. Każdego dotknęło to na swój sposób, był to komunikat, który trwożył i zasmucał. Ale przecież wszyscy przemijamy...

Boję się o Karola, nie umiem nawet przypuszczać jak ogromne jest jego cierpienie, dlatego też przeraża mnie myśl o mnogości zagrożeń, jakie czyhają na jego skołatane serce i ich ewentualnych skutkach. To palenie, wymuszona nonszalancja... Tak łatwo jest się pogubić, tak łatwo... Boję się.

Po godzinie jazdy autobusem, z Krakowa do jej rodzinnego miasta, była wyczerpana. Julka wróciła do rodziców wkrótce po wykryciu u niej złośliwej choroby. Dzwoniąc do drzwi, Diana czuła się przytłoczona odpowiedzialnością, jaka na niej spoczywała. Ogromne pragnienie wsparcia Julii ciążyło na jej wrażliwym sercu. Nie była pewna, czy poradzi sobie i tym razem. Dzwonek wydał się jej zbyt drażliwy, przeraźliwie ostry. Drzwi otworzył ojciec Julii. Gdy była mała, trochę ją przerażał, wysoki, z zaciętym wyrazem twarzy był dla niej przykładem nieugiętego mężczyzny. Teraz spoglądał na nią zmęczony, przygarbiony i bezsilny.

— Witaj Diano, co słychać? — Wprowadził ją do środka. Wzięła głęboki oddech, postanowiła uciec się do słów Agnieszki Osieckiej, której wiersze recytowała w tym domu, z upodobaniem maniaka, trudno było jej samej cokolwiek wyznać. Zasłoniła się parafrazą, odsuwając od siebie coraz silniejsze poczucie zagubienia.

— „Ja... jestem, proszę pana, na zakręcie” — z wolna, niby do siebie, odparła.

— No tak. — Wpatrywał się w nią z uwagą. — Kiedyś wszyscy wyjdziemy na prostą — dodał, bacznie ją obserwując. Nie mogła się ruszyć, kiedy nadejdą czasy, w których będzie pewna, co powinna zrobić, w których zrozumie ludzi i kiedy nie będą tak szybko łzawić jej oczy? Pokiwała głową, patrzyli na siebie, widząc ten sam smutek, łapiący się każdej najmniejszej nadziei. — Chodź, Julcia nie może się już doczekać. — Zaprowadził ją pod drzwi pokoju jedynej córki i ścisnął pokrzepiająco jej ramię. — Dziękuję.