Nagle ucichła i opadła bez sił na poduszkę.

— Jedną z rzeczy, na jaką czekam, jest śmierć. Proszę, nie wzdrygaj się, wszyscy łudzicie się, że jest jeszcze jakaś przyszłość, że jest nadzieja, ale ja czuję, że to już koniec... Tylko boję się, — ciężkie łzy zaczęły spływać po jej rozgrzanych policzkach — że jeszcze chwila i nastąpi nicość. Wiem, co chcesz powiedzieć, ale nie wiem już, w co wierzyć, wszystko mi się zdaje takie nierealne... Gdzie trafię, czy w ogóle gdzieś się wybiorę? Co chwila przychodzi tu ksiądz, co tylko mnie dobija, bo czuję się pośpieszana. Rozmawia ze mną, uspokaja... Ale ja już się gubię, nigdy w życiu nie czułam się tak niepewnie, nigdy nie byłam tak zagubiona. — Napad szlochu uniemożliwił jej mowę.

Diana, płacząc, przytuliła przyjaciółkę i tuliła ją, dopóki ta, wyczerpana, nie zasnęła. Delikatnie ułożyła ją na posłaniu i głaskając pozbawioną kasztanowych loków głowę, nie mogła otrząsnąć się z żalu. Na stoliku przy łóżku leżała karteczka: „Nie czekałam, nie cierpiałam, nie przeczułam, w głębi snu, że jeżeli gdzieś jest piekło, to tu”.

Nie potrafiła określić, ile czasu minęło, podobno do pokoju zaglądała mama Julki, zaniepokojona długo trwającą ciszą, ale Diana nie zarejestrowała niczego.

„To sleep, to die” — próbowała wyrzucić nawracającą sentencję.

— „Nie wiedziałam, że tak blisko jest to wszystko, to wszystko, o co chodzi...” — wyszeptała, gdy blada dziewczyna otwierała śnieżno-niebieskie oczy.

— Jesteś jeszcze? To dobrze. — Przymknęła powieki, biorąc uprzednio rękę Diany pod głowę i wtulając w nią twarz. — Dziękuję, kiedy tu jesteś, myślę o przyszłości, o tym, jaka będzie, a jaka być miała... Gdy jesteś, spełnia mi się marzenie:

„Żeby przez krótką chwilę nie było śmierci. I czas nie rozwijał się, jak nitka z kłębka rzuconego w przepaść.”

— Póki trwa życie, nie ma śmierci, a gdy nadchodzi, nas już nie ma. Na końcu naszej ziemskiej drogi jest światło i szczęście, wiem to na pewno!

— Kogo to? — Podniosła nagle głowę, zaintrygowana.