a kto nigdy nie zabłądził, ten nie poznał życia wcale.

Daniel Piotrak, Wspomnienia

Niezwykłe, że coś, co skrywało się w ludzkiej podświadomości, w jednej chwili, po wielu latach, zostaje przywrócone do pamięci świadomej. Wspomnienie takie, mimo, iż może być wydarzeniem z wieku dziecięcego, powracającym do człowieka starszego, jawi się z zaskakującą klarownością. Właśnie dzisiaj, będąc pierwszy raz od dawna w Krakowie, zostałem wprawiony w osłupienie, gdy, stojąc na peronie piątym krakowskiego Dworca Głównego, zostałem zalany falą wspomnień, które wydawały się być mi dotychczas odległe. Miejsce to, jak każdy dworzec, naznaczone przecież zarówno radosnymi przywitaniami, jak i melancholijnymi pożegnaniami, mnie również się z nimi kojarzyło. Rysowały mi się teraz wszystkie te sytuacje, podczas których stałem tu, zawsze z niecierpliwością w sercu, wyczekując czyjegoś przyjazdu. Każda z tych sytuacji niosła ze sobą ładunek emocjonalny nie dający się zignorować. Postanowiłem usiąść i poddać się porywającemu nurtowi pamięci, choćby na chwilę. Raz były to ekstatyczne uściski nie widzianych od dawna przyjaciół, kiedy indziej przesycone kurtuazją odwiedziny krewnych, czasem odjazdy własne, często początkujące jakąś przygodę, a zdarzały się nawet, niosące ze sobą największe brzemię uczuć, dojmujące pocałunki pełne smutku, zwiastujące tęsknotę mającą nadejść lada chwila.

Siedziałem tak, po części przerażony nieudolnością umysłu, tym, że przez tak długi czas zdawałoby się, że zapomniałem zupełnie o wszystkich tych, tak istotnych w końcu, chwilach, a po części zszokowany i uradowany, że jednak zostają one przechowane w czeluściach tego, co nazywamy podświadomością. Wpadłem w nostalgiczny nastrój, a zważywszy na to, że się nie śpieszyłem, postanowiłem się przejść i odwiedzić najważniejsze dla mnie miejsca w tym mieście.

Idąc od dworca, przeszedłem przez plac Jeziorańskiego w stronę Rynku Głównego i ponownie przyszły do mnie zdarzenia sprzed lat. Tym razem było to jedno z moich pierwszych wspomnień, pochodzące bodaj z wczesnej podstawówki. Chodziłem wtedy na basen w ramach dodatkowych zajęć szkolnych. Odbywały się raz tygodniowo i zawsze byłem odbierany przez któregoś z rodziców i wracałem z nim do domu. Pewnego dnia, w wyniku nieoczekiwanego zbiegu zdarzeń, ani ojciec, ani matka nie mogli mnie odebrać i byłem zmuszony wrócić sam według podanych mi wskazówek. Widocznie nie byłem wystarczająco kompetentny, by postąpić tak, jak mnie poinstruowano i szybko się zgubiłem. Na domiar złego rozładował mi się telefon. Jedyna rzecz, której byłem pewien, to, że miałem jechać tramwajem numer 4. Dzięki uprzejmości zapytanych o drogę sympatycznie wyglądających kobiet (do mężczyzn w ogóle bałem się odzywać, z powodów dzisiaj dla mnie obcych) dotarłem do przystanku Dworzec Główny. Pamiętam dokładnie, jak wypatrywałem tramwaju, i jaką ulgę mi przyniósł widok jego wyłaniającego się spod wiaduktu nad ulicą Lubicz. Przypomniał mi się jeszcze jeden ciekawy szczegół. Zapytawszy którąkolwiek z pań, które pomogły mi się odnaleźć, czy mógłbym zadzwonić do swoich rodziców, korzystając z ich komórki, gdyż moja się rozładowała, za każdym razem otrzymywałem podejrzliwe spojrzenie i informację, że jeśli podam numer, one mogą zadzwonić. Wtedy wzbudzało to we mnie zdziwienie i brak zrozumienia, a dziś mnie to bawi.

Przeszedłem przejściem podziemnym i wyszedłem na Planty. Zmierzałem ku ulicy Floriańskiej. Ten odcinek zieleni otaczającej Stare Miasto wygląda dokładnie tak, jak kiedyś. Każdego dnia, właśnie w tym miejscu, pojawiają się tłumy ankieterów i aktywistów poszukujących podpisów i ulotkarzy niecierpliwie wyczekujących końca swojej zmiany. Zauważyłem również jedno z, tak charakterystycznych dla Krakowa, stoisk z obwarzankami. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.

Dalej, przy wylocie ulicy Floriańskiej, dostrzegłem monument świata zachodniego, McDonald’s. To kuriozalne miejsce przypomniało mi o równie kuriozalnym wydarzeniu. Niegdyś, po nieprzespanej nocy, motywowani głównie głodem, wyruszyliśmy z dwójką bliskich przyjaciół na Rynek koło godziny czwartej nad ranem. Mimo tego, iż był to lipiec, chłód był dotkliwy. Delikatna mgła, opustoszałe ulice i mróz komponowały atmosferę co najmniej osobliwą. Wyruszyliśmy z intencją posilenia się w KFC, gdyż myśleliśmy, że było otwarte dwadzieścia cztery godziny na dobę. Gdy się okazało, że otwierało się jednak dopiero o dziewiątej, zdeprymowani, postanowiliśmy pójść do „makdonalda”. Ten też nas rozczarował, otwierał się o godzinie siódmej. Zdesperowani, nie wiedzieliśmy co zrobić, lecz nie było mowy o powrocie do domu, byliśmy zdeterminowani otrzymać to, po co przyszliśmy. Zatem błądziliśmy przez parę godzin, otoczeni mgłą i samotni w miejscu zwykle tak ruchliwym. Dziesięć minut przed wyczekiwaną porą, nie mieliśmy już siły się poruszać i koczowaliśmy przed wejściem do naszej, wówczas, ziemi obiecanej. Warto zaznaczyć, iż nie byliśmy tam sami. Po, wydawałoby się, latach tułaczki po bezludnym mieście, nastąpił pierwszy nasz, tego dnia, kontakt z innymi ludźmi. Były to dwie nastolatki, wyglądały na nasze rówieśniczki. Zachowanie ich pozwoliło nam sugerować, że znajdowały się pod wpływem bliżej nieokreślonych specyfików. Tak jak i my, z tego powodu czy innego, nie spały tej nocy i chciały zaspokoić potrzeby pustych żołądków. Gdy w końcu wrota do tego, co przez tak ciężkie wyczekiwanie urosło w naszych oczach do Itaki naszej trzygodzinnej odysei, otworzyły się, wkroczyliśmy, czując się wyjątkowo. Byliśmy pierwszymi osobami w McDonald’sie tego dnia (nietrzeźwe dziewczyny puściły nas przodem). Wówczas wydawało mi się, że wydarzenia tego dnia odznaczą się szczególnym piętnem w mojej pamięci. Okazało się, że przez długie lata o nim zupełnie zapomniałem. Swoją drogą, śniadanie, które w końcu tam zjedliśmy, było zgoła niesmaczne, lecz żadne z nas nie ośmieliło się tego powiedzieć. Wysiłek, jaki włożyliśmy w to, by je zdobyć, nie mógł przecież pójść na marne. Stojąc przed tym fast-foodem dzisiaj, sprawdziłem z ciekawości, od której jest otwarty. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Niektóre rzeczy się zmieniają.

Przechodząc Floriańską, zaskoczony byłem skalą zmian. Na darmo szukałem niektórych lokali, uwielbianych przeze mnie w młodości, i nie mogłem się nadziwić ilości nowych, o których nigdy nie słyszałem. Idąc, zamyśliłem się i wpadłem na młodą dziewczynę. Przeprosiłem ją i przyśpieszyłem kroku, zawstydzony. Wychodząc na Rynek, na wprost siebie miałem kościół Mariacki, tak charakterystyczny, jak imponujący. Popatrzyłem na zegarek, i zobaczywszy, że jest trzynasta pięćdziesiąt pięć, uśmiechnąłem się i postanowiłem poczekać te pięć minut. Po chwili dostrzegłem trąbkę wysuwającą się z jednej z okiennic. Doszedł do mych uszu upragniony, niesłyszany od dawna dźwięk hejnału. Wtem pojawił się w mojej głowie obraz miejsca, które wiedziałem, że chcę odwiedzić. Skręciłem w prawo i szybkim krokiem podążałem w kierunku ulicy Szczepańskiej. Mijając Sukiennice, spojrzałem do środka, zobaczyłem dokładnie to, co spodziewałem się zobaczyć. Stoiska z obłędną ilością tandetnych pamiątek, miejsce konieczne dla każdego turystycznego miasta. Chwilę później dotarłem do celu.

Patrzyłem się na fontannę na placu Szczepańskim i nie potrafiłem powstrzymać śmiechu. To w tym miejscu, razem z czwórką kolegów, zostaliśmy uwiecznieni na zdjęciu, które trafiło na pierwszą stronę lokalnej gazety. Było zatytułowane „Wakacyjne szaleństwo”. Był to ciekawy zbieg okoliczności. Znajdowaliśmy się w niezwykle euforycznym stanie wywołanym ukończeniem gimnazjum i początkiem wakacji, na dodatek przeszkadzał nam letni skwar, toteż postanowiliśmy ochłodzić się kąpielą w tejże fontannie. Woda w niej była zimna, wchodziliśmy powoli i nieśmiało. Gdy już się przyzwyczailiśmy, bawiliśmy się w najlepsze, wpychając się pod wystrzeliwane strumienie i chlapiąc się nawzajem. W pewnym momencie jakiś nieznany nam mężczyzna do nas podszedł i zapytał się, czy może zrobić nam zdjęcie. Okazało się, że był fotografem wcześniej wspomnianego czasopisma, zgodziliśmy się i, następnego dnia, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, nasze zdjęcie znalazło się na pierwszych stronach. Dopiero po wyjściu z fontanny przeczytaliśmy tabliczkę grożącą karą o wysokości dwóch tysięcy złotych za kąpiel.