Minąłem plac Szczepański, by wyjść znów na Planty i szedłem wzdłuż nich w kierunku Wisły. Zostawiając za sobą wylot Szewskiej, ujrzałem po swojej prawej alejki wchodzące w głąb drzew, ustawione w jednym miejscu w okrąg. Siedząc tutaj, byłem, lata temu, świadkiem sytuacji tyle powszechnej co ujmującej. Pamiętam, że było lato, więc było ciepło, a ja chciałem poczytać gdzieś poza domem. W pewnym momencie zwróciłem uwagę na dwie osoby zajmujące miejsce na ławce będącej niedaleko mojej. Był to najprawdopodobniej ojciec z córką. On opowiadał jej jakieś ewidentnie zmyślone, fantastyczne historie, a ona słuchała z szerokimi oczami i otwartą buzią, zafascynowana tym, co słyszała. Nieintencjonalnie dochodziły mych uszu strzępki tego, co mówili, a po chwili już nie mogłem się powstrzymać i z pełnym zaangażowaniem wsłuchiwałem się w opowiadania, gdyż, muszę przyznać, że mężczyzna ten niezwykle angażująco wprowadzał słuchacza w swe opowieści. Zdaję sobie sprawę teraz, i zdawałem wtedy, że nie było w tym nic niezwykłego, lecz scena ta była mi sielankową i utrwaliła się w mej pamięci.

Zmierzałem ku rzece, i gdy w końcu się przy niej znalazłem, usiadłem na trawie na wiślanym bulwarze. Wróciły do mnie wszystkie sytuacje, w których się tu znajdowałem. Często przychodziłem tu, gdy potrzebowałem odpocząć i ochłonąć w samotności. Było dla mnie bezpieczną ostoją i pomimo upływu czasu jest kojące. To tutaj również przeżyłem pierwsze wyznanie miłosne. Nie mając wcześniej styczności z takimi uczuciami, nie rozumiałem ich i nie wiedziałem do końca, jak postępować. Znajdowałem się, jak każdy zakochany, w stanie otępienia i mogłem myśleć tylko o jednym. Nie było to wtedy dla mnie łatwe, ale wiedziałem, że koniecznie muszę powiedzieć jej, co czuję, niezależnie od skutków, bo gdybym tego nie zrobił, doszłoby do jakieś bliżej mi nieokreślonej katastrofy. Z perspektywy czasu wydarzenie to nie jest szczególnie znamienne dla mojego życia, lecz wtedy wydawało się niezwykle ważne.

Podążając dalej górą bulwaru, zbliżyłem się do Wzgórza Wawelskiego. Najznamienitsza budowla tego miasta wprawiła mnie dziś w podziw, jakbym widział ją pierwszy raz. Wydało mi się przykre, że mieszkając tu, byłem tak przyzwyczajony do zamku, że spoglądałem na niego, dotychczas, obojętnie. Może w moim przypadku stałość jest negatywna, gdyż nie potrafię docenić tego, do czego jestem przyzwyczajony? Chwilę potem stwierdziłem, że wysuwam zbyt pochopne wnioski. Tak, zamyślony, dotarłem do miejsca, które wywołało jedno z moich pierwszych wspomnień. Nie sposób, by płomienie wydobywające się z paszczy tego metalowego kolosa nie wywarły wrażenia na małym dziecku. Smok Wawelski, obiekt legend, symbol miasta i atrakcja turystyczna był, chociaż do dziś nie miałem tego świadomości, głęboko zakorzeniony w mym umyśle. Stanowił punkt zaczepny dla moich pierwszych, określonych, lecz rozlazłych i dlatego potrzebujących owego punktu, myśli. Niezwykłym jest, jak nasz umysł według własnego uznania sortuje nasze wspomnienia. Następnie przechowuje niektóre w ukryciu, by nagle nas nimi zaatakować pod wpływem bodźca. Bodźcem takim może być fontanna, przystanek autobusowy czy Smok Wawelski. Niezwykłe jest, z jakimi szczegółami wspomnienia te zostają przechowywane przez dziesiątki lat.

Postanowiłem poczekać, ażeby być świadkiem, pierwszy raz od długiego czasu, zionięcia ogniem przez smoka. Gdy wydawało mi się, że czekam już podejrzanie długo, usłyszałem rozmowę przechodzących koło mnie ludzi, o tym, że od kilku lat, żeby smok buchnął ogniem, trzeba wysłać esemesa.

Adam Czarnecki, Zbite szkło

Wino, miętowa koszula z podwiniętymi ponad łokcie rękawami, wystawna restauracja, sukienka wieczorowa i szminka. W krakowskich realiach takie połączenie może przynieść tylko pytania. Zwykle bez odpowiedzi. Szczególnie z perspektywy osoby trzeciej, ale Rynek w myślach tego dojrzałego z grubsza człowieka spowodował przerażającą anomalię. Paradoksalnie, pytań nie było, myśli również. W jego 34-letniej życiowo-survivalowej historii nigdy takowej nienormalności nie spotkał. Zawsze były jakieś skojarzenia, odczucia, spostrzeżenia, ale w tej chwili nie było niczego. Jakby siedząc pod Ratuszem na kamiennej ławce, zapadł w śpiączkę.

Szminka. Dobrze odczytał jej złowieszcze proroctwo. Nie cierpiała szminek. Z pomalowanymi ustami widział ją tylko raz, gdy po całkiem udanej publikacji zostali zaproszeni na sztywny bankiet. W obawie przed jej aparycją, tego wieczoru postanowiła przyozdobić się tą tłustą czerwoną farbką. Bankiet, a propos, wypadł całkiem dobrze. Wśród mnóstwa przedstawionych mu nieznajomych była Olga Tokarczuk, którą znał i szanował. Zdecydowanie bardziej jednak cenił jej książki. Zaczytywał się nimi w zimne, niedzielne popołudnia, kiedy, pomimo złej pogody, Karolina prosiła, aby w końcu gdzieś wyszli. Często miewała dość czterech ścian ich mieszkania. Mimo to byli prawdziwą drużyną. Ona tak energiczna i entuzjastyczna, on raczej zdystansowany i spokojny. Kiedy razem pracowali, byli niepowstrzymani.

Dlatego właśnie zdziwił się, znajdując szminkę w jej torebce tego poranka. Wiedział, że wyjeżdża w weekend na delegację, ale nigdy nie uważała takich wyjazdów za tak ważne, by używać znienawidzonego narzędzia kosmetycznego. Może jednak ten był wystarczająco istotny. Może tak po prostu wyglądają wyjazdy w dużej, zachodniej korporacji. To ciekawe, że z jakiegoś powodu, przełożony zawsze nakazywał jej jechać. Dawniej miał zastrzeżenia co do jego sympatii kierowanej do ukochanej. Wiele razy również pytał jak to jest, że z całej „Corpo świty” to zawsze ona ma na głowie ważne rozmowy i spotkania w innych dobrze prosperujących miastach współczesnej Europy.

Tak więc dziś postanowił za nią podążać, gdy wychodziła na samolot. Dziwne wydawało się, że leci tylko na dwa dni. Jeszcze ta szminka w torebce. Chciał się również oderwać od zajmujących go ostatnimi tygodniami zadań, związanych z publikacją nowej powieści. Tak więc 34-letni, brodaty mężczyzna, o gabarytach i wyrazie twarzy co najmniej wybudzonego ze snu zimowego niedźwiedzia, śledził swoją narzeczoną. A po spokojnej pogoni przez cały Kraków spoczął tutaj, na kamiennej ławce, obok ratuszowej wieży.