Był prawie pewien, że to jedyna delegacja, która skończyła się z nieznajomym mu mężczyzną w drogiej restauracji. Jednak w całym tym widoku coś mu się nie zgadzało. Dopiero, gdy ich ręce się zetknęły, zebrały się w nim złość i zawód. Przez chwilę przeszło mu przez myśl wejście do środka. Ale wyjął tylko telefon i uwiecznił ten widok na zdjęciu. Można by pomyśleć, że tylko dla usprawiedliwienia nadchodzącej zemsty. Jednak powód jego działania był zupełnie inny. Świadomy był swojej natury i tego, że po intensywnych wewnętrznych bataliach będzie próbował wmówić sobie, że to nie stało się naprawdę, że tylko sobie to wymyślił, że wśród tysięcy jego postaci stworzonych dla swoich opowieści, stworzył też ją — śliczną panią, złudnie przypominającą jego narzeczoną, razem ze złoczyńcą w miętowej koszuli. Następnie puści to między myślami i znów, tak jak całe życie, nie znajdując rozwiązania problemu, zostawi go na boku, by rozwiązał się sam. Zwykle to ona wiedziała, jak należy reagować i jakie trzeba podjąć kroki. Wydawać by się mogło, że, jako jeden organizm, idealnie roztrząsali każde, nawet najcięższe problemy. Co jednak ma zrobić, kiedy ta decyzyjna połowa jego ciała i rozumu siedzi nikczemnie przy stoliku z nieznajomym mu mężczyzną?

Nagle poczuł niespodziewany przypływ adrenaliny. Tak jakby wielki czarny pies czaił się za nim, a jego oddech delikatnie schładzał mu skórę na karku. Prędko wstał i skierował się w stronę ulicy Szewskiej. Sam do końca nie wiedział, czego tak bardzo się przestraszył. Zdawał sobie sprawę, że wygląda na wariata i dziwaka. Przypominały mu o tym spojrzenia przechodniów, kiedy zauważali, jak poci się, ciężko oddycha, widzieli terror w jego oczach. Uciekając od spoglądających na niego ludzi, wszedł do pierwszego lepszego sklepu. Machinalnie kupił papierosy, których zresztą nie miał w ręku od prawie piętnastu lat. Nie widział sensu w paleniu, odkąd skończył liceum, pomimo że wspomnienia, kiedy siedząc na skwerze Generała Sikorskiego razem z kolegami przy tlących się papierosach, rozmawiali o literaturze, były raczej pozytywne.

Dlaczego i czego tak się boję?, pomyślał, zdając sobie sprawę, co zrobił. Muszę stąd wyjść. Nie obchodzi mnie, gdzie idę.

Krakowski krajobraz przez okna tramwaju wyglądał jeszcze bardziej przytłaczająco niż zwykle. Popękane kamienne chodniki przypominały jedną z tych pustyń, na której, z braku wody, podłoże wygląda jak sucha maseczka kosmetyczna. I to o tyle paradoksalne, że w tym mieście ciągle pada. Taki mamy klimat. Przez to, że każdy żyje pod swoją chmurką, a widok tłumu przechodniów ma w sobie coś z wiosennej ulewy. Takiej, po której wiesz, że może być tylko lepiej.

Sobotniego popołudnia w komunikacji miejskiej można wyróżnić trzy zasadnicze grupy. Pierwsza to ci, którzy jadą, bo mają jakiś cel, imprezowicze, którzy w grupie przyjaciół zmierzają na domówkę lub piją w popularnych miejscach spotkań, tak jak przed chwilą zauważeni nastoletni panowie widziani na chodniku na placu Szczepańskim, w towarzystwie 0,7 litra wódki. Są podnieceni wizją niechybnie nadchodzącej biesiady, co znacząco odbija się w huku ich rozmów. Często do tej grupy nasz bohater zaliczał również chłopców i panie podążających na siłownię. Na ich twarzach zawsze widać determinację i chęć walki. W ich słuchawkach gra muzyka — motywująca i energiczna. Zawsze się zastanawiał, skąd to zdecydowanie się w nich bierze. Istotnie, w środowisku szanujących się chłopaków i dziewczyn, nietaktem jest nie siedzieć pół sobotniego przedpołudnia na cuchnącej potem siłowni.

Wyprawił się więc kiedyś do klubu fitness, przedtem, przedzierając się przez lekturę o kalistenice, ludzkiej anatomii i teorii ćwiczenia z ciężarami. Powiedziała mu wtedy, że wygląda naprawdę przesłodko w kolorowych spodenkach, które kupiła mu w zeszłym tygodniu, luźnej koszulce i opasce trzymającej w ryzach jego długie włosy. Faktycznie wyglądał bardziej na hipisowskiego bojówkarza niż osiedlowego kulturystę, jednak pomimo tego i świadomości, że będzie najbardziej niezręcznym klientem owej siłowni, poszedł przekonać się, jak jest w środku.

Wyszedł z niej z jednym wnioskiem. Ludzie nie płacą ani za sprzęt, ani za miejsce do ćwiczeń, płacą za motywację. Widok mężczyzn, którzy, poświęcają większość swojego wolnego czasu na dochodzenie do perfekcji sprawności, siły i woli, wypełnia nas zazdrością. To właśnie ona jest motorem napędowym naszych dalszych ćwiczeń Dlatego też w większości siłowni jest tyle luster. One zmuszają cię, abyś nieustannie porównywał się z innymi. Istotnie okrutna to abominacja świata, gdy jedyne, co nam wiąże ręce, to brak motywacji.

Do drugiej grupy należą ludzie, którzy muszą coś załatwić. Powroty z pracy, odwiedziny bliskich w szpitalu, urodziny dziadka, czasem zakupy. Mimo to wszyscy, dzieląc ze sobą te kilka minut dnia, traktujemy siebie jak powietrze, nieczuli na problemy, dylematy i historie innych ludzi. Zdawał sobie sprawę, że praca osiem godzin dziennie, przez pięć dni w tygodniu, próbując związać jakoś koniec z końcem, to popularna zmora życia większości Polaków, pomimo, że sam nigdy tego nie doświadczył. Chcą przeżyć.

Trzecia grupa to ci najciężsi do rozszyfrowania, którzy nawet nie jadą w jakimś konkretnym celu. Zwykle są to osoby starsze, które, patrząc na szybko znikające za sobą widoki, wspominają, zabijając czas. Zawsze chciał się utożsamiać z pierwszą grupą. Mieć jakąś motywację, chcieć czegoś ważnego i ekscytującego do zrobienia. Odnajdywać się w tej iluzji wolności. Jednak za każdym razem, buszując w myślach, swoim zachowaniem i wyglądem przypominał raczej emeryta. Kiedyś rozmawiał ze swoim ojcem na temat przemijania i starości. Wtedy usłyszał, że „są ludzie, którzy rodzą się za szybko, za szybko dorastają, starzeją się i umierają”. Wiele już razy podjął próbę rozstrzygnięcia prawdziwości tych słów. Nigdy mu się nie udało, ale, pomimo upływu czasu, ciągle je pamiętał.