Minęło 14 lat, a za każdym razem mi to wypomina. Tak, w liceum rodzice robili wszystko, abym został inżynierem. Tak jak ojciec, pomyślał. Kiedy na świadectwie zdania matury zobaczyli, że oprócz matematyki i fizyki, w tajemnicy przed nimi, zdawałem rozszerzony język polski, nie dowierzali prawie tak bardzo, jak wtedy, kiedy obwieściłem im, że zamiast na automatykę, wybieram się na polonistykę. Dopóki nie przyniosłem indeksu z pierwszego semestru, myśleli, że żartuję. To był największy zawód ich życia, a właściwie jedyny raz, kiedy postawiłem na swoim. Tata chciał tylko, żebym był kimś, żebym odniósł sukces, przejął po nim firmę. Żeby upewnić się, że dobrze zdam maturę, zakazano mi chodzić do szkoły muzycznej. Musiałem skończyć z wiolonczelą. Nie rozumiał, że nie obchodzą mnie ani szybkie samochody, ani broń palna czy milionowe kontrakty. Chcę tylko normalnie, szczęśliwie żyć. Czy właśnie to czyni mnie życiowym nieudacznikiem? Dla mnie zawsze huk był za głośny, wycie silnika zbyt donośne, auta za szybkie, pieniądze zbyt błahe. Mimo wielu prób wprowadzenia mnie w „świat prawdziwych mężczyzn”, nigdy mu się nie udało. Zawsze wolałem wrócić do domu, czytać książkę, grać w gry. Zamiast posłuchać ojca, podążałem za swoim wyobrażeniem szczęścia.
Przypomniał już sobie, dlaczego wyprowadził się od rodziców. Przecież w ich domu wystarczyłoby miejsca dla trzech takich par, jak on i Karolina. Mimo tego i faktu, że jako dziecko było to jego małe królestwo, do którego przywiązał się emocjonalnie tak bardzo, że, będąc małym chłopcem, nie cierpiał każdego momentu poza domem, postanowili mieszkać osobno. To przez presję, jaką rodzice wywierali w każdej dziedzinie jego życia. Pytania: kiedy ślub, dzieci, własny dom, nowe auto, nowa książka, kiedy dorośnie były po prostu szalenie uciążliwe. Bardzo go to stresowało i chciał się jak najbardziej zdystansować. Mówi się, że takie uczucie znika, gdy przestaje się być nastolatkiem. W jego przypadku zostało, co gorsza nigdzie się w najbliższym czasie nie wybierało.
Zapadła bardzo gęsta i nieznośna cisza. Jego ojciec zdawał się nie zwracać na niego uwagi, mama była zajęta przygotowaniem kolacji.
— Mogę zostać na noc? — zapytał w końcu.
Nocą, leżąc w łóżku w „jaskini ZaklinaczaŚwiateł3000”, jego pokoju z dzieciństwa, przez głowę przemykało mu wiele różnych myśli. Był zbyt wykończony, by myśleć o czymś konkretnym. Cały dzień przeleciał mu jakoś między palcami, jak tysiące innych. Przez jego świadomość po prostu przepływały strumienie obrazów i dźwięków. Był wystarczająco zmęczony, by nie móc podnieść powiek, lecz sen jeszcze nie przyszedł. Trwał w tym marazmie, w otoczeniu wspomnień swojego dzieciństwa. Wszystkie kolekcje komiksów, figurek, płyt, książek miały dać mu stabilny początek dorosłego życia, tymczasem wykreowały go na chwiejnego i rozedrganego człowieka. Chciały mu dziś wiele powiedzieć. Jakby każdy przedmiot nucił swoją cichą kołysankę. Słuchając ich żałosnej kołysanki, zasnął. Teraz to on wyprzedzał smutki, szybując i kręcąc wokół beczki, bawił się nimi. Tutaj nie liczył się sukces, tylko wyobraźnia i kolory. Teraz on ustalał zasady. Czarne psy nie latają tak szybko jak migdałowe odrzutowce. W końcu nie był 34-letnim staruszkiem, a 7-letnim bogiem. A tak jak sen, czas przyniesie też odpowiedzi.
Opuszczając dom, nawet nie dokończył śniadania. Połowę kanapki i kubek czarnej kawy zostawił muszkom owocówkom, oraz ojcu, który, jak zwykle, czaił się na nie od samego rana.
Wychodząc, nawet nie domknął dobrze bramki. Pędził razem z wiatrem poprzez wypełnioną sobotnim porankiem ulicę. Teraz z nową towarzyszką. Wiolonczelą. Byli drużyną. Nie zatrzymywały ich ani chodnikowe nierówności, ani spóźnione tramwaje. Początek dnia był świeży i przejrzysty. Na krakowskich ulicach unosiła się woń jajecznicy, polityki i dobrej muzyki. Jesień dziś była bardziej czerwona, niżli brązowa, a wiewiórki wolały raczej te twardsze orzechy.
Stanęli. Akurat dziś, tego poranka, musieli spotkać jego. Piotrek. Znajomy licealny, w którego cieniu główny bohater spędził kilka dobrych lat. No cóż, trzeba rozmawiać.
— Heeej — rzucił, na początek sklejając sowicie młodociane przywitanie. — Kopę lat.