— Dzień dobry. Co tu robisz?

— Wracam z imprezy. Razem ze znajomymi świętowaliśmy mój ostatni awans.

— No nieźle. To jaką teraz pełnisz funkcję?

— Dyrektor główny sprzedaży.

— Gratuluję! Gdy się ostatnio widzieliśmy, byłeś świeżo upieczonym kierownikiem. Jak się macie z Mają?

— Z Mają? To ty nie wiesz? Rozwiedliśmy się pół roku temu. Zdradzała mnie, szmata.

— Och, naprawdę? To musiał być cios... Jak sobie z tym poradziłeś? — odrzekł, niemało zszokowany tym, co usłyszał.

— Zgotowałem jej takie piekło, że ledwo żyje. Po trzech miesiącach w sądzie, została bez mieszkania, pieniędzy, samochodu. Chyba przypomniała już sobie, jakie życie jest beze mnie ciężkie.

— Ojej... Przepraszam cię strasznie, ale muszę już zmykać. Jestem umówiony na serwis wiolonczeli. Zgadamy się jakoś. Papa! — powiedział zdecydowanie, zbyt szybko, odchodząc. Już nie był w humorze. Bał się podobnego pytania. A więc tak to robią prawdziwi mężczyźni, pomyślał przez chwilę. Nie dbał o to, jak niezręcznie przebiegła ta rozmowa. Po prostu szedł. Dopiero po przejściu na wskroś centrum Krakowa przystanął. Wydobył telefon, skasował wczoraj zrobione zdjęcia. Przegrał. Pozostała mu tylko nadzieja, że to pierwszy i ostatni raz. Nie chciał wiedzieć. Już nigdy za nią nie pójdzie. Nie będzie zadawał pytań. Rozstawił wiolonczelę na chodniku jednej z krakowskich uliczek. Zamknął oczy. Nie myślał. Po prostu grał. Sunął smyczkiem po strunach w mieście niechcianych drapaczy chmur. Kiedyś wschodnie, teraz zachodni dobrodzieje budują swoje Pałace kultury. Kiedyś sięgano tu nieba poezją, teraz widzi się je z okna w biurze. Pomimo małżeństwa z Wisłą, to miasto zawsze jest samo. Pomimo tłumu kiboli, zawsze jest puste. Pomimo wielkości, zawsze za małe. Bo to miejsce jest inne, niż się wydaje, w oczach ma jadeity, a w sercu zbite szkło.

Marta Wiążewska, Subiektywnie świeci, a obiektywnie?