Była 11 w nocy, kiedy samotny, wysoki mężczyzna w cienkiej, ortalionowej kurtce wyszedł z kina. Z jego ust wydobył się obłoczek drobniutkiej pary. Spojrzał w prawo, zobaczył grającego, młodego wiolonczelistę, a obok niego rozpaczliwie szlochającą, elegancką, szczupłą kobietę. Przez krótki moment zawahał się, po czym obrócił się w lewo i zdecydowanym, energicznym krokiem ruszył w stronę plant. Był wtorek, dzień niezbyt popularny pod względem odwiedzania kin, jak zdążył sam się przekonać. Mając wciąż w pamięci swój zupełnie samotny seans, zastanawiał się nad najprostszą kwestią jego dotyczącą — czy film mu się podobał, czy też nie. Był przecież niesamowicie awangardowy, wątki urywały się w najmniej oczekiwanych momentach, jak to zwykli to robić w filmach wszyscy znaczący, nowocześni reżyserowie. A do tego ta dynamiczna, przepełniona licznymi niespodziewanymi zwrotami akcja! Nie miał wrażenia, że sceny są przesadnie wydłużone, jak to nie raz czuł oglądając nawet nie taki najbardziej podły polski serial. Czuł, że miał kontakt z pewnego rodzaju dziełem sztuki. Jednak… czy nie nazbyt wiele zostało przemilczane? Czy nie miał przypadkiem do czynienia z awangardą dla samej awangardy, a nie dla wywarcia konkretnego wpływu na widza? Może to było jednak na siłę? Czuł, że znowu zapędza się w jakże dobrze znaną mu pułapkę. W tym miejscu uciął te, w jego mniemaniu, prowadzące do nikąd rozważania. Znów nie był w stanie sformułować jednoznacznego zdania na temat bardziej skomplikowany niż to, czy zjeść chleb biały, czy też ciemny. Po raz kolejny poczuł, jak bardzo doskwiera mu brak rozmówcy.
Podróż tramwajem minęła w całkowitej ciszy, oczywiście nie miał nic przeciwko temu. Ostatnie, czego mu było trzeba, to bełkotliwe zaczepki przysypiających pijanych ludzi (zawsze przypominały mu o tym, jak łatwo człowiek traci własną osobowość i godność, myśl ta nie nastrajała go zbytnio optymistycznie). Zazwyczaj wysiadał przystanek wcześniej (miał w pamięci napomnienia rodziców — „Jeśli nie uprawiasz sportu, to chociaż spaceruj, to nie będziesz przykuty do wózka na starość!”). Jednak dzisiaj wyjątkowo nie miał na to ochoty. Spacer do mieszkania zajął mu krótką chwilę, podczas której skupiał się głównie na niezwracaniu uwagi na leżące na lub pod ławkami osoby. Kiedy znalazł się w mieszkaniu, poczuł, że nie ma ochoty na nic poza położeniem się na łóżku i pójściem spać. Miał właśnie to zrobić, kiedy jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę okna zasłoniętego żaluzją. Za każdym razem powtarzał sobie, że to ostatni raz, gdyż zawsze potem czuł się nieswojo i nachodziły go niechciane myśli. Jednak i tym razem odsunął żaluzję i w bloku naprzeciwko wśród kilkunastu zapalonych w oknach światłach i kilkudziesięciu ciemnych prostokątnych otworów okiennych ukazał się mu kolorowy napis JESTEM, ułożony z lampek choinkowych. Zapalał się zawsze po zmierzchu, a jego treść była niezmiennie tak sama. Fala tych emocji, które nawiedzały go zawsze na ten niezbyt codzienny widok, napłynęła i tym razem. Z tego napisu biła tak przejmująca samotność i wołanie o bycie zauważonym prze świat! Poczuł to i on. Czy, gdyby napisał „jestem” lub tym bardziej „nie jestem”, ktokolwiek by się tym przejął? Wolał oczywiście nie odpowiadać (mama zawsze mówiła „to co sam o sobie sądzisz nigdy nie jest obiektywne i nawet nie próbuj się tym zamartwiać!”). Poczuł, jak z zupełnie niewiadomej przyczyny, wracają do niego wszystkie lęki i obawy z młodości. Paraliż wywołany jednym, prostym słowem „jestem” zadziwiał i przerażał go jednocześnie. Kto lub co decyduje o tym że ktoś jest lub go nie ma? Nie jest to tak prosta i bezsporna kwestia, jak wielu uważa. Po krótkiej chwili napięcia do granic wytrzymałości psychicznej wszystkie emocje go opuściły. Zasnął.
Droga na przystanek tramwajowy tym razem minęła mu nadzwyczaj przyjemnie. Tego dnia wielkie bloki nie przytłaczały go swoim ogromem, słońce zaciekle walczyło z szarymi, strzępiastymi chmurami o miejsce na niebie. Miało ono o tyle ułatwione zadanie, że było wszędzie tam, gdzie chmur nie było. Może na tym polega potęga Słońca? Żaden człowiek nie dąży do zaistnienia z takim uporem. Szedł alejkami między kilkunastu-piętrowymi blokami, dookoła których rosły wspaniałe, ogromne kasztanowce i lipy.
Kiedy dotarł do biura, jego szanowni, redakcyjni koledzy zdążyli już wejść w potencjalnie wybuchową kłótnię.
— Ten protest przecież nic nie zmieni! Nie rozumiesz zakuty łbie, że oni podjęli już decyzję jakieś kilkanaście miesięcy temu! Nie wycofają się z tego! Nigdy jeszcze tego nie zrobili i nie zrobią!
— Bądź łaskaw używać nieco bardziej wyszukanego słownictwa, zwłaszcza, że nasz drogi, delikutaśny Dudzio raczył już się zjawić, o właśnie, może ty się wypowiesz zgadzasz się z nim?
— Nie — odburknął, mimo jak najszczerszej chęci bycia uprzejmym. — Sam ze sobą się nie zgadzam.
Jego próba przemknięcia niezauważonym zakończyła się naturalnie fiaskiem, a na dodatek to głupawe, pełne lekceważenia przezwisko. Nie znosił go, a z drugiej strony nie posądzał kolegów o złe intencje. Nałożył na uszy słuchawki i odciął się od swoich żenujących starań wygłoszenia opinii. Obiektywizm. Nienawidził go z całego serca.
Spacer po plantach o 16.00 zawsze wiąże się z ryzykiem spotkania kogoś znajomego. Jednak i bez tego czuł się zestresowany. Powtarzał sobie, że nikt nie ma powodu, aby zwracać na niego więcej uwagi niż na innych zupełnie nieznajomych przechodniów. Mimo to, poczucie bycia obserwowanym go nie opuszczało. Usiadł na ławce. Postarał się uspokoić. Zdał sobie sprawę, w jak chorą sytuację wpędził się on sam, a także wpędzili go jego rodzice i praca. Obiektywizm w pracy dziennikarza to naprawdę istotna sprawa, jednak jego życia prywatne jest w strzępach! Przeszła obok niego kobieta, nawet nie zauważył czy była ładna, czy brzydka, jednak wiedział, że w obecnym stanie nie byłby w stanie powiedzieć jej, gdyby była kobietą jego życia, że ją kocha. Bolesne wspomnienie sprzed trzech lat powróciło niezwykle gwałtownie. „Kochasz mnie?” — pytała — „Jak mam z tobą żyć, kiedy ty nie jesteś nawet tego pewien?”. W tym momencie uciął wspomnienie i poczuł, że chce płakać, płakać tak, jak, kiedy był mały, kiedy nie obchodziło go, że inni patrzą. Jednak nie zrobił tego i w dalszym ciągu wpatrywał się pustym spojrzeniem w przeciwną stronę alejki.