— Cóż ty tu, u diabła, robisz? — spytał brat.
— Nie masz kul do fuzji pułkownika — odparła łagodnym głosikiem. — Znalazłam formę tego samego kalibru; będziesz miał dzisiaj dwadzieścia cztery naboje, braciszku.
— Nie potrzebuję ich, Bogu dzięki!
— Nie trzeba się dać zaskoczyć bez obrony, Ors’ Anton’! Straciłeś już pamięć swego kraju i ludzi, którzy cię otaczają.
— Choćbym nawet zapomniał, ty przypomniałabyś mi bardzo szybko. Powiedz mi, czy nie przyszła tu duża waliza przed kilku dniami?
— Owszem, bracie. Chcesz, abym ją zaniosła do twego pokoju?
— Ty, zanieść! Ależ nie miałabyś siły podźwignąć jej nawet... Czyż nie ma tu jakiego mężczyzny, żeby się z tym uporał?
— Nie jestem taka słaba, jak myślisz — rzekła Kolomba, zawijając rękawy i odsłaniając białe i okrągłe ramię, doskonale foremne, ale zarazem zdradzające niepospolitą siłę. — Chodź, Sawerio — rzekła do służebnej — pomóż mi.
Już unosiła ciężką walizę, kiedy Orso pospieszył jej pomóc.
— Jest w tej walizce coś dla ciebie, droga Kolombo — rzekł. — Daruj, że ci przywożę tak lichy podarek, ale sakiewka porucznika na pensji nie obfituje zbytnio w dostatki.