— To wstyd doprawdy, Kolombo — dodał — duża dziewczyna jak ty nie wie jeszcze rzeczy, których na kontynencie dzieci uczą się, zaledwie od ziemi odrosną.

— Masz słuszność, bracie — odparła Kolomba — wiem dobrze, czego mi brakuje i chętnie gotowa jestem się uczyć, zwłaszcza jeśli ty zechcesz mi udzielać lekcji.

Minęło kilka dni, w ciągu których Kolomba nie wymówiła nazwiska Barricinich. Otaczała wciąż brata najtroskliwszymi staraniami i mówiła mu często o miss Nevil. Orso dawał jej do czytania francuskie i włoskie książki i zdumiony był na przemian to bystrością i rozsądkiem jej uwag, to głęboką nieświadomością najpospolitszych rzeczy.

Jednego ranka po śniadaniu Kolomba wyszła na chwilę i zamiast wrócić z książką i kajetem, ukazała się w mezzaro na głowie. Twarz jej była poważniejsza jeszcze niż zazwyczaj.

— Bracie — rzekła — poproszę cię, abyś wyszedł ze mną.

— Gdzie chcesz, abym ci towarzyszył? — rzekł Orso, podając siostrze rękę.

— Nie trzeba mi twego ramienia, bracie, ale weź strzelbę i ładownicę. Mężczyzna nie powinien nigdy wychodzić bez broni.

— Niech i tak będzie! Trzeba się stosować do mody. Gdzie idziemy?

Kolomba bez odpowiedzi owinęła mezzaro dokoła głowy, przywołała psa i wyszła, prowadząc za sobą brata. Oddalając się wielkimi krokami od wioski, skierowała się dróżką w wąwozie kręcącym się wśród winnic. Kolomba wysłała przodem psa, dawszy mu sygnał, który znał widocznie dobrze; natychmiast bowiem zaczął biec zygzakiem, węsząc w winnicy, to po jednej, to po drugiej stronie, wciąż o jakie pięćdziesiąt kroków od pani. Niekiedy przystawał, aby popatrzeć na nią, kręcąc ogonem; słowem, zdawał się znakomicie rozumieć powierzoną mu funkcję przedniej straży.

— Jeżeli Muschetto zaszczeka — rzekła Kolomba — nabij strzelbę, bracie, i stój nieruchomo.