O pół mili od wioski, po wielu kołowaniach, Kolomba zatrzymała się nagle na zakręcie. W miejscu tym wznosił się kopczyk z gałęzi, jednych zielonych, drugich uschłych, wysokości około trzech stóp. Na szczycie widać było wystający koniec drewnianego, czarno pomalowanego krzyża. W wielu okolicach Korsyki, zwłaszcza w górach, bardzo dawny obyczaj, sięgający może zabobonów pogaństwa, nakazuje przechodniom rzucać kamień lub gałąź na miejsce, gdzie człowiek zginął gwałtowną śmiercią. Przez całe lata, tak długo, jak długo przechowuje się w tradycji wspomnienie tragicznego końca, szczególny ten pomnik rośnie z każdym dniem.
Kolomba zatrzymała się przed tą kupą liści i odrywając gałąź, dorzuciła ją do piramidy.
— Orso — rzekła — tutaj umarł ojciec. Módlmy się za jego duszę, bracie.
I uklękła. Orso poszedł za jej przykładem. W tej chwili dzwon wioskowy zaczął dzwonić wolno, albowiem człowiek jakiś zmarł tej nocy. Orso zalał się łzami.
Po kilku minutach Kolomba podniosła się z okiem suchym, ale ożywioną twarzą. Uczyniła wielkim palcem znak krzyża, właściwy jej ziomkom i towarzyszący zazwyczaj uroczystym przysięgom; po czym wziąwszy brata za rękę, skierowała się ku wsi. Wrócili w milczeniu do domu. Orso udał się do swego pokoju. W chwilę później weszła tam Kolomba, niosąc małą szkatułkę, którą położyła na stole. Otwarła szkatułkę, dobyła koszulę pokrytą dużymi plamami krwi.
— Oto koszula ojca, Orso.
Rzuciła mu ją na kolana.
— Oto ołów, który go ugodził.
I położyła na kominku dwie poczerniałe kule.
— Orso, bracie mój! — krzyknęła, rzucając mu się w objęcia i obejmując go z siłą. — Orso, ty go pomścisz!