Uściskała go jakby w przystępie szału, ucałowała kule i krwawą bieliznę i wyszła, zostawiając brata skamieniałego na krześle.

Orso siedział jakiś czas nieruchomy, nie śmiejąc oddalić od siebie tych straszliwych relikwii. Wreszcie, czyniąc wysiłek, włożył je z powrotem do szkatułki i pobiegł w drugi koniec pokoju, aby się rzucić na łóżko, z głową obróconą do ściany, zanurzoną w poduszkach, jak gdyby chciał umknąć przed widokiem upiora. Ostatnie słowa siostry brzmiały mu bez przerwy w uszach; zdawało mu się, że słyszy złowrogą, nieuniknioną wyrocznię, która domaga się krwi, i to krwi niewinnej. Nie będę próbował oddać wrażeń nieszczęśliwego młodego człowieka, równie zmąconych jak myśli, które przechodzą przez głowę szalonego. Długo trwał w tej pozycji, nie śmiejąc odwrócić głowy. Wreszcie podniósł się, zamknął szkatułkę i wyszedł spiesznie z domu, biegnąc przez wieś przed siebie, bez świadomości, dokąd.

Stopniowo świeże powietrze przyniosło mu ulgę; stał się spokojniejszy i zaczął z nieco zimniejszą krwią rozpatrywać położenie i sposoby wydobycia się zeń. Wiadomo już, że nie podejrzewał Barricinich o morderstwo, ale obwiniał ich, że sfałszowali list bandyty Agostiniego, ten zaś list — tak sądził przynajmniej — spowodował śmierć ojca. Ścigać ich jako fałszerzy, czuł, że to niemożliwe. Od czasu do czasu, kiedy przesądy lub instynkty ojczystej ziemi zaczynały go oblegać i ukazywały łatwą zemstę na zakręcie ustronnej drogi, Orso usuwał je ze wstrętem, myśląc o kolegach pułkowych, o paryskich salonach, a zwłaszcza o miss Nevil. Później przychodziły mu na myśl wyrzuty siostry: wszystko, co zostało korsykańskiego w jego charakterze, usprawiedliwiało jej wymówki i czyniło je tym dotkliwszymi.

W tej walce między sumieniem a zabobonem zostawała mu jedna nadzieja: mianowicie wdać się pod jakimkolwiek pozorem w sprzeczkę z jednym z synów adwokata i wyzwać go na pojedynek. Zabić go za pomocą kuli lub szpady godziło pojęcia korsykańskie i francuskie. Przyjąwszy ten środek i obmyślając sposoby wykonania, Orso czuł już wielką ulgę.

Inne słodsze myśli przyczyniły się jeszcze do uśmierzenia jego wzruszeń. Cicero124, zrozpaczony śmiercią córki Tulii, zapomniał o swej boleści, przechodząc w myśl wszystkie piękne rzeczy, jakie mógłby powiedzieć w tym przedmiocie. Rozprawiając w ten sposób, pan Shandy125 pocieszał się po stracie syna. Orso ochłonął nieco, myśląc, iż mógłby skreślić dla miss Nevil obraz stanu swej duszy, który to obraz zainteresowałby niezawodnie tę młodą osobę.

Zbliżał się do wsi, od której, sam nie wiedząc o tym, znacznie się oddalił, kiedy usłyszał głos. To mała dziewczynka, mniemając zapewne, że jest sama, śpiewała, idąc ścieżką wzdłuż chaszczów. Była to powolna i jednostajna uświęcona melodia żałobnych lamentacji. Dziecko śpiewało: „Dla mego syna, dla syna w dalekim kraju — zachowajcie mój krzyż i krwawą koszulę...”

— Co ty śpiewasz, mała? — rzekł gniewnie Orso, ukazując się nagle.

— To wy, Ors’ Anton’! — wykrzyknęło dziecko, nieco przestraszone... — To piosnka panny Kolomby...

— Zabraniam ci tego śpiewać — rzekł Orso straszliwym głosem.

Dziecko, obracając głowę na prawo i lewo, zdawało się szukać, gdzie mogłoby się ukryć, i bez wątpienia byłoby uciekło, gdyby nie wstrzymywała go troska o duży pakiet, który widniał na trawie u stóp dziewczynki.