— Nędznik, winny wielu zbrodni... zbrodni, których wy, Korsykanie, nie przebaczacie, złodziej, niejaki Tomaso Bianchi, obecnie zamknięty w więzieniu w Bastia, wyznał, że jest autorem nieszczęsnego listu.
— Nie znam tego człowieka — rzekł Orso. — Jaki mógłby mieć cel?...
— To człowiek z tych stron — rzekła Kolomba — brat naszego dawnego młynarza. To nicpoń i kłamca, niegodny, aby mu wierzyć.
— Zaraz zobaczycie państwo — ciągnął prefekt — jaki mógł mieć interes w tej sprawie. Młynarz, o którym mówi szanowna siostra pańska — nazywał się, o ile mi się zdaje, Teodor — dzierżawił od pułkownika młyn na owym strumieniu, którego własność kwestionował pańskiemu ojcu pan Barricini. Otóż Tomaso sądził, że jeżeli pan Barricini uzyska prawo do strumienia, trzeba mu będzie płacić znaczny czynsz, wiadomo bowiem, że pan Barricini dosyć jest łakomy na pieniądze. Krótko mówiąc, aby wygodzić bratu, Tomaso podrobił list bandyty i oto cała historia. Wiadomo panu, iż węzły rodzinne są na Korsyce tak potężne, że pociągają niekiedy aż do zbrodni... Chciej pan rzucić okiem na list, jaki pisze do mnie generalny prokurator, a znajdziesz potwierdzenie tego, co powiadam.
Orso przebiegł oczyma list, który przytaczał szczegółowo zeznania Tomasa, Kolomba zaś równocześnie czytała przez ramię brata.
Gdy skończyła czytać, wykrzyknęła:
— Orlanduccio Barricini udał się do Bastii przed miesiącem, skoro przyszła wiadomość, że Orso ma wrócić. Zobaczył się z Tomasem i kupił od niego to kłamstwo.
— Panno Kolombo — rzekł prefekt z pewnym zniecierpliwieniem — pani tłumaczy wszystko za pomocą hańbiących przypuszczeń; czy to jest sposób, aby dojść do prawdy? Pan, drogi panie, patrzysz na rzeczy z zimną krwią; niech mi pan powie, co pan teraz myśli? Czy sądzi pan, jak siostra, iż człowiek, któremu grozi na ogół jedynie dosyć lekka kara, będzie się obwiniał, ot, tak sobie, o zbrodnię fałszerstwa, aby zobowiązać człowieka, którego nie zna?
Orso odczytał list generalnego prokuratora, ważąc każde słowo z niezmierną bacznością; od czasu bowiem jak ujrzał adwokata Barricini, czuł się trudniejszy do przekonania niż kilka dni przedtem. Wreszcie musiał przyznać, że tłumaczenie zdaje mu się zadowalające. Ale Kolomba wykrzyknęła z siłą:
— Tomaso Bianchi jest szalbierz! Nie będzie skazany albo też umknie z więzienia, jestem tego pewna.