— Może zatem być pojutrze.
Od uśmiechu pani Jowity robi mu się dziwnie miękko w środku.
— Pojutrze?
— Na wypadek, gdyby jutro znów musiał pan kopać grób.
*
Kopanie grobów nie wzięło się znikąd. Prezydent jeszcze jako dziecko wyprawiał uroczyste pogrzeby martwym zwierzętom. Przeważnie ptakom, bo o martwe pisklęta było łatwo każdej wiosny; rzadziej żabom i jeżom, a najrzadziej kotom. Koty bowiem kończyły zwykle życie pod kołami samochodów i nie nadawały się potem do pochówku, bo rozpadały się na kawałki i trzeba je było składać do grobu na raty, a to nie wydawało się Prezydentowi zbyt godne. No więc koty nie. Tak samo jak owady. Owadzia śmierć wydawała się Prezydentowi śmiercią zupełnie innego rodzaju niż psa, kota czy człowieka. Może to przez jej powszechność, a może przez to, że owady tak bardzo przypominały maszyny: twarde pancerze, wewnątrz trochę ruchomych elementów, jakieś smary, oleje, pokrętła i przekładnie. Na pierwszy rzut oka wygląda to groźnie i skomplikowanie, ale gdy się dokładniej przyjrzeć, to już wcale nie. Dlatego gdy umiera żuk albo osa, to jest tak, jakby na amen zatarł się silnik w samochodzie. Owada nie opłaca się naprawiać i trzeba go zezłomować; przychodzą wtedy po niego mrówki i robaki, i nie należy im przeszkadzać.
Gdzieś pomiędzy maszynami a prawdziwymi zwierzętami plasowały się ryby. Prezydent nigdy nie wyprawiał rybom pogrzebów, może dlatego, że nie miał z nimi zbyt dużego kontaktu, a może dlatego, że ryby nigdy nie poznały ziemi i nie było powodu, dla którego miałyby być w niej grzebane.
Te dziwne, chtoniczne zabawy Prezydenta pociągały inne dzieci, zwłaszcza dziewczynki. Kobiety bowiem od początku są bliżej ciała i lepiej je rozumieją, a jedną ze spraw ciała jest śmierć. Tak więc miał Prezydent zawsze wierne grono żałobniczek i — trochę rzadziej — żałobników, przynajmniej dopóki o wszystkim nie dowiedziały się matki tych dzieci. Efektem jednak było sporo miejsc wiecznego spoczynku, ozdobionych zerwanymi mleczami, stokrotkami i wieńcami z koniczyny. Niektórym z tych grobów udawało się nawet przetrwać więcej niż jedną ulewę.
Prezydentowi nigdy nie przeszło przez myśl, że zabawy w grabarza zwierząt mogą doprowadzić do nieszczęścia.
To się stało na wycieczce szkolnej w Beskidy, w trzeciej klasie podstawówki. Prezydent został już wyjęty spod anatemy rybobójcy i niektóre dzieci ponownie zaczęły się do niego odzywać. Na tyle przynajmniej, by posłuchać, jak opowiadał o salamandrach. Dzień był bowiem zimny i ociekający deszczem, i większość klasy narzekała, ale nie Prezydent. Wypatrzył w trawie salamandrę, co wystarczyło, by uznać wycieczkę za udaną. Płaz lśnił tłustą czernią i słoneczną żółcią, a Prezydent półgłosem opowiadał jednej z dziewczynek o tym, że niegdyś wierzono, że salamandry żyją w ogniu — półgłosem, bo pani Eliza często strofowała go za przechwalanie się i wpisywała mu uwagi, gdy nieproszony dzielił się swoją wiedzą. Pani Eliza tym razem nie usłyszała niczego, usłyszał za to Gruby Buba. Złapał salamandrę za ogon i cisnął w żar grilla, rozpalonego pod zbutwiałą wiatą turystyczną. Prezydent natychmiast wygrzebał zwierzę gołymi rękami, wzbijając w górę snop iskier i zbierając tęgi ochrzan od pani Elizy, tym surowszy, że była pochłonięta konwersacją z panem przewodnikiem. Konwersacja pełna była półszeptów i trochę głupawych chichotów, a Prezydent nie wiedział wtedy jeszcze, że dorosłym w takich chwilach nie należy przeszkadzać.