Salamandra, o dziwo, przeżyła. Może ochronił ją gęsty śluz na powierzchni ciała, a może stare legendy mają w sobie więcej prawdy, niż mogłoby się wydawać. Chłopiec zdziwił się, jaka jest sprężysta i przyjemna w dotyku, nie tak twarda jak jaszczurka, ale i zupełnie nieprzypominająca rozlanych żab i ropuch. Wyszedł na zewnątrz, by ją wypuścić. Zafascynowany nie zwracał nawet uwagi na poparzone palce. Pewnie zrobił źle, poświęcając tyle czasu na zachwycanie się płazem, bo Gruby Buba, zły, że salamandra nie spłonęła w grillu, wyrwał ją Prezydentowi z ręki i rozdeptał. Prezydent krzyknął i popchnął Bubę, ale dla zwierzątka było już za późno. Język wypadł z pyska, pękły płytko osadzone oczy, a kloaką wyszły trzewia, różowe, zielone i żółte. Buba również popchnął Prezydenta, tylko trzy razy mocniej, aż ten łomotnął o ścianę wiaty i świeczki stanęły mu przed oczami. Zaraz ze środka wypadła pani Eliza i jęła coś wykrzykiwać, machać gniewnie rękami przed oczami Prezydenta i szarpać go za przód koszulki, ale jemu ciągle szumiało w głowie i niczego nie rozumiał. Prawdopodobnie jednak zaliczył kolejną uwagę.

Kiedy wreszcie w pełni doszedł do siebie, spostrzegł, że siedzi w kucki w deszczu. Reszta dzieci z panią Elizą i panem przewodnikiem wcinała już kiełbasy w bułce z musztardą i keczupem. Salamandra, rozdeptana, leżała jak leżała, tylko wnętrzności trochę jakby zbladły i zszarzały, i nie miały już takich pięknych kolorów. Prezydent zakopał ją w wilgotnej ziemi kilka kroków dalej. I gdyby na tym zakończył sprawę, nic by się nie stało. Ale on postanowił jakoś uczcić zwierzątko, bo czuł się winny jego śmierci, i jął układać na szczycie kopczyk z kamyków, szarych, białych i różowych w czarne kropki.

Przez okienko wiaty musiał spostrzec go Gruby Buba, bo po chwili wyrósł tuż obok.

— Co zrobisz, zjebie?

Wiedząc z doświadczenia, że na zaczepki silniejszych najlepiej jest nie odpowiadać, Prezydent milczał, dalej robiąc swoje. Kurhan był niemal gotowy.

— Zjeb nie dość, że głupi, to jeszcze głuchy — spróbował Gruby Buba. Bez reakcji. — Śmierdzisz gównem, bo twoich starych nie stać na wodę i papier do dupy. Jesteś tak biedny, że twoja matka daje ci na śniadanie kanapkę z kupą.

Gdy Prezydent nie zareagował i na to, Gruby Buba postanowił baczniej przyjrzeć się jego pracy.

— Po co nosisz te kamyki?

— Bo tak mi się podoba — burknął Prezydent, nie potrafiąc wymyślić żadnej sensownej riposty.

— Ty robisz grób! Zjeb jest bardziej zjebany, niż się wydaje! Grób dla tej jaszczurki!