— Salamandry.

Grubemu Bubie było wszystko jedno. Kopniakiem rozrzucił wszystkie kamyki, szare, białe i różowe w czarne kropki, i czubkiem buta zaczął grzebać w ziemi, by wydobyć świeżo pochowane płazie truchełko.

Prezydent nie zdzierżył i uderzył Grubego Bubę otwartą dłonią prosto w ucho, a gdy ten zachwiał się ogłupiały, drugą ręką rozkwasił mu nos. Uderzył słabiej, niż chciał, ale wystarczająco mocno, by polała się krew. Po raz pierwszy w życiu kogoś naprawdę uderzył. Z oszołomienia dudniło mu w uszach, a serce waliło jak opętane.

Wielki chłopak pozbierał się pierwszy i wybuchł donośnym, dziecięcym płaczem. Prezydent uświadomił sobie, że też powinien się rozpłakać, bo inaczej wszystko będzie na niego. Nie potrafił jednak płakać na zawołanie i w ogóle płakanie średnio mu wychodziło, nawet wtedy, gdy rzeczywiście miał powód.

Widząc, co się dzieje, pani Eliza wypadła na zewnątrz i wykrzykując coś, zasłoniła Bubę własnym ciałem, aby Prezydent nie wyrządził już więcej krzywdy jej ulubieńcowi. Za nią wybiegli wszyscy inni, a pan przewodnik wykręcił Prezydentowi rękę, choć ten tylko stał i nic nie robił.

— Wiedziałam, wiedziałam, co w tobie drzemie! Taka cicha woda, zapamiętajcie sobie, dzieci, to najgorszy typ człowieka! Mam nadzieję, że natychmiast przeprosisz kolegę i wytłumaczysz się ze swojego postępowania.

Prezydent milczał, nie potrafiąc wydobyć z siebie ani słowa. Coś ścisnęło mu gardło jak stalowe kleszcze i nie puszczało.

— On rozdeptał jaszczurkę, a potem zagrzebał ją w ziemi, proszę pani. — Gruby Buba, widząc zmieszanie Prezydenta, wykrzywił się w krwawym uśmiechu.

— A potem mnie pobił, gdy przyszłem popatrzeć, co robi.

— Nieprawda! — ryknął Prezydent rozpaczliwie.