— Milcz! To do ciebie podobne, masz takie zapędy do dręczenia zwierząt. Wiemy o tym wszyscy. Nie mówiąc już o kłamaniu i wypieraniu się winy. Będę musiała porozmawiać z twoimi rodzicami po powrocie z wycieczki. I obawiam się, że dla nikogo nie będzie to przyjemna rozmowa. Nie pozostawiasz mi wyboru.

— To nie tak! Chciałem tylko pochować salamandrę...

— Trzeba czasem mieć odwagę cywilną, być mężczyzną i się przyznać. — Pan przewodnik bardzo chciał zaimponować pani Elizie, a mężczyźni gotowi są zrobić naprawdę różne rzeczy, aby się przypodobać. Mogą na przykład mocno ścisnąć rękę małego chłopca i wykręcić ją jeszcze bardziej niż przedtem. — O-dwa-ga cy-wil-na, mój chłopcze. Tego ci brakuje.

Najwyraźniej działało, bo nauczycielka posłała mu długie i pełne zachwytu spojrzenie spod rzęs. Ponaciskali oboje Prezydenta, by ten przeprosił Grubego Bubę, ale bezskutecznie. Pani Eliza na koniec stwierdziła tylko, że takie zabawy w pogrzeb to grzech, a pan przewodnik gorliwie jej przytaknął. Grzech, tak, ciężki grzech.

Wieczorem nauczycielka wymyśliła bardzo dziwną zabawę. Zebrała wszystkich we wspólnej sali ośrodka, w którym nocowała cała wycieczka. Przykazała dzieciom usiąść w kółku i mówić dobre rzeczy o osobie po swojej lewej stronie. Zabawa mało kogo bawiła, ale dzieci zwykle nie pyta się w takiej kwestii o zdanie. Prezydenta oczywiście usadzono tak, by po lewej stronie miał Grubego Bubę. Gorączkowo starał się wymyślić, co może powiedzieć o swym prześladowcy, ale choć bardzo się starał, nic, co mu przychodziło do głowy, nie było dobre. Kolejka przesuwała się nieubłaganie, a Prezydent nadal miał przed oczami wszystkie doświadczone krzywdy — bicie, duszenie, łamanie kredek, wylewanie nabojów od pióra do kanapek, wpychanie głowy do muszli klozetowej, niszczenie ubrań, rozdeptanie salamandry i wszystkie te rzeczy, które dzieci robią sobie w szkole, a nauczyciele udają, że wcale tego nie widzą.

Kiedy więc przyszła kolej na Prezydenta, ten zacisnął usta i nie powiedział nic. Milczał i to milczenie zawisło między dziećmi jak burzowa chmura. Pachniało rdzą i niemal czuło się zapach soli na języku.

— A ty co? — Pani Eliza zbliżyła się do Prezydenta złowróżbnym krokiem. Od groźby w jej głosie stanęły mu włosy na karku. — Nie potrafisz nic dobrego powiedzieć o swoim koledze?

Prezydent bez słowa pokręcił głową.

A wtedy pani Eliza doskoczyła do niego, wykręciła mu boleśnie ucho w tutkę i podniosła za to ucho w górę. Drugą rękę uniosła, jakby chciała uderzyć go w twarz. Dopiero wtedy Prezydent wydał z siebie głos — przeraźliwy pisk, mysi pisk, pisk małego zwierzątka schwytanego przez drapieżcę. Zsikał się przy tym w spodnie. Musiało to otrzeźwić panią Elizę, bo puściła go, aż rymnął z łoskotem na podłogę. Z przestrachem zmieszanym z obrzydzeniem wytarła rękę o spódnicę, jakby Prezydent był wysmarowany czymś wstrętnym — więcej: jakby Prezydent sam był czymś wstrętnym, śliskim i wielonogim, czymś, co przypadkiem można znaleźć pod kamieniem albo wśród drewna na opał. Najwyraźniej nie przygotowały jej na to ani studia, ani dziesiątki kursów i szkoleń.

Pan przewodnik ryknął krótkim śmiechem, ale nie zawtórował mu nikt, nawet Gruby Buba. Zabawa była skończona. Te dzieci, które jeszcze nie miały czasu się odezwać, odetchnęły z ulgą, że nie będą musiały mówić sobie rzeczy kompromitujących ani wymuszonych.