Prezydent jeszcze długo leżał zwinięty w kłębek i cały się trząsł. W brzuchu przelewało mu się coś czarnego i ciężkiego. To coś było po trosze lękiem, po trosze wstydem, po trosze nienawiścią, a po trosze czymś jeszcze, na co nie ma nazwy w mowie ludzi, choć każdy doświadcza tego przynajmniej raz w życiu.

Myślał też, że to jego jedyne spodnie na wyjazd i że nawet jeśli je wypłucze i wysuszy, to w drodze powrotnej będzie śmierdział. I wszyscy, wszyscy będą pamiętali, że się zsikał.

Pani Eliza cichaczem wymknęła się ze wspólnej sali, a za nią, parami, cała klasa, zostawiając Prezydenta na podłodze. Pan przewodnik wyszedł jako ostatni i zamierzał dać chłopcu przyjacielskiego kuksańca, ten jednak zwinął się w kłębek i zasłonił głowę rękami.

— I co się kulisz — mruknął mężczyzna. — Weź się przebierz i ogarnij, dziewczynko, bo jebiesz sikami. Kurwa, co za dzieciak pierdolnięty.

Rankiem pani Eliza nie zeszła na śniadanie. Obsługa ośrodka znalazła ją dopiero w pokoju pana przewodnika. Oboje byli ogryzieni do gołych kości, tylko tu i tam wisiały strzępy twardych włókien. Zostały też włosy, bo myszy nie lubią włosów.

*

Na ranczo pani Popiel dotarł Prezydent piechotą. Chciał pojechać autobusem, ale kupił drogą kawę i kolorową torebkę w prezencie, a także dezodorant Brutal, którym obficie wypsikał się przed wyjściem, i na bilet zwyczajnie mu brakło. W sklepie wahał się między kawą a winem; na kawach się nie znał, ale jeszcze mniej znał się na winach, przynajmniej takich, które mogłaby pić pani redaktor. W książkach bohaterowie zwykle orientują się w rodzajach win i bezbłędnie rozróżniają cabernet od merlota; we współczesnej prozie polskiej natomiast szczególnie popularne jest musujące prosecco. On jednak nie nadawał się na bohatera literackiego, nawet współczesnej prozy polskiej, i nigdy nie pił burgunda ani prosecco, a jedynie jabłkowe cavaliery, a dawniej jeszcze różowe wina z Pektowinu Jasło.

Gospodarskie psy przywitały Prezydenta jak swojego, co bardzo zdziwiło panią Jowitę. Były to bowiem mieszańce kaukaza z jakimś innym groźnym bydlęciem, które miały młócić dupy intruzom, a nie łasić się jak szczenięta i zostawiać na spodniach błotniste odciski łap.

— Ale ja chyba nie jestem intruzem — uśmiechnął się Prezydent.

— Psy wiedzą najlepiej — odpowiedziała pani Popiel i poszła zaparzyć kawę w ekspresie.