Kawa smakowała jak przypalone orzechy i już po pierwszym łyku czuło się, jak płynny ogień zaczyna buzować w całym ciele, a myśli robią się lekkie niczym jaskółki.

Usiedli na werandzie maleńkiego, trochę pachnącego wilgocią domku. Prezydentowi podobał się ten zapach, bo kojarzył mu się z jego własnym domem, odziedziczonym po babce. Tyle, że z rancza pani Popiel rozciągał się wspaniały widok na lesiste wzgórza i na miasto daleko w dole. Prawie dwie godziny z buta, jak zdołał się przekonać Prezydent.

— Ryżego Iwana zgubił pan po drodze?

— Skądże. Chciał iść, ale pomyślałem, że na pewno ma pani pieski. A on raz by kłapnął paszczą i byłoby po nich. Co się pani śmieje, on takie kaukazy to na śniadanie łyka.

Rozmawiali sobie zupełnie o niczym, póki z jakiegoś zakamarka nie wychynęła polna mysz z ciemną pręgą wzdłuż grzbietu. Porwała kawałek zbożowego ciastka, które podał jej Prezydent, i uciekła bezszelestnie. Kudłate psiska ani drgnęły i nadal leżały rozwalone na werandzie, tak że zostawało mało miejsca na cokolwiek oprócz nich.

— Zwierzęta pana lubią — zauważyła pani Jowita.

Prezydent tylko zamyślił się i nic nie odpowiedział. Bo myszy, psy i małe ptaki — to rzeczywiście tak. Ale już koty, najeżone, trzymały się odeń na odległość. Dziennikarka jednak najwyraźniej tego nie dostrzegała.

— Przygotowałam panu książki. Trochę ich tu jest, bo nie wiem, co pana interesuje.

Weszli więc do środka, do kuchni pełniącej jednocześnie rolę pokoju gościnnego. Pachniało tu kawą i psami. Oprócz głównej izby w domku była maleńka sypialnia, jeszcze mniejsza łazienka i graciarnia. Zupełnie jak w domu Prezydenta, tyle że on graciarnię miał w każdym pomieszczeniu.

Na stole w kuchni czekał stos książek. Prezydent przejrzał grzbiety tomów i z marszu odłożył na bok więcej niż połowę.