— Nie wiem. Nie rozmawiamy ze sobą. Tyle, co o naszym synu. To nie tak, że się do siebie nie odzywamy i że jesteśmy skłóceni, nie. Po prostu nie rozmawiamy... tak naprawdę. Kto ma odwieźć Karola na angielski i do kiedy trzeba opłacić karate. Ale to są takie rozmowy na niby. Nieprawdziwe.

— Z Iwanem też przeważnie rozmawiam na nieprawdziwe tematy.

— Ale chyba jednak trochę panu na nim zależy.

— Ba! Troszczę się o niego i martwię. Nie żryj byle czego, mówię, bo ludzie są pojebani i celowo trują psy. A on ma to w dupie, co znajdzie, to zeżre, a im więcej zepsute i bardziej śmierdzące, tym chętniej. Za sukami, mówię, nie lataj, potem na alimenty chłopie nie urobisz. Grożę mu nawet, że go wezmę do weterynarza i wykastruję. Myśli pani, że słucha? Jeszcze pyskuje, że nie wykastruję, bo nie mam za co. Ale dawniej przecież ludzie sobie jakoś radzili, na przykład u koni. Brali dwie deszczułki, ściskali jajca i czekali, aż odpadną. Za przeproszeniem, pani redaktor.

Tak mówił, bo śmiech pani Jowity sprawiał mu ogromną przyjemność. Tymczasem letni zmierzch zaczął rozlewać się po niebie i nie wypadało zostawać dłużej. Prezydent wybrał więc kilka książek, nawet dwie współczesne polskie, które mu dziennikarka szczególnie zachwalała, i ruszył w długą drogę w dół. Powietrze było lekkie i pełne świerszczy i Prezydent więcej leciał, niż szedł.

*

Rankiem zdał sobie sprawę, że jest śmieszny i głupi, a jego radość była szczeniacka i więcej pasowałaby Ryżemu Iwanowi niż jemu. Nie przejął się tym specjalnie. Taki wieczór to i tak było wiele i chyba pani Jowita również bawiła się dobrze. Źle byłoby jednak zakochać się w pani redaktor, a oczekiwać wzajemnego zainteresowania, będąc kimś takim jak on, byłoby już kompletnym absurdem. A jednak Prezydentowi przypomniały się dni, kiedy takie rzeczy się zdarzały.

Trzymał wyobraźnię na wodzy także z tej przyczyny, że redaktorka miała rodzinę. Mogła sobie do woli opowiadać, że nie rozumieją się z mężem, ale Prezydent dobrze wiedział, że nie da się rozumieć drugiego człowieka i że wiążąc się z kimś, zawsze skazujemy się na nierozumienie. I że nie tylko najbliższych nie rozumiemy, ale w ogóle nikogo ani niczego, człowieka, zwierzęcia, świata, Boga, i że to nie jest ani dobre, ani złe, tylko po prostu zwyczajne.

Nie wyobrażał sobie zatem pani Jowity. Nie przywoływał wspomnienia jej śmiechu, opadających na twarz ciemnych włosów, jej wężowych nadgarstków, którym nie mógł się napatrzeć, gdy nalewała kawę. Nie fantazjował o dotyku i pocałunkach na werandzie, w cienistym zaduchu winorośli, choć przecież byłyby to niewinne marzenia bez szansy na ziszczenie i każdemu wolno mieć takie marzenia, póki o tym głośno nie mówi. Prezydent zbyt dobrze jednak wiedział, że pragnienia zawsze uchylają furtkę do prawdziwego świata i że wszystko, co w świecie dobre i niedobre, najpierw powstało w czyimś sercu. Dlatego należy wystrzegać się własnego serca i nie zezwalać mu na zbyt wiele.

Nie wyobrażał więc sobie nic, ale i tak było mu przyjemnie. Dobrze jest nie myśleć. Musiał być jednak bardzo szczęśliwy, bo zabrał się za sprzątanie, a sprzątał jedynie wtedy, gdy porządkował swoje życie, czyli dość rzadko. Ryży Iwan chodził za nim krok w krok. Cała jego psia osoba wyrażała zaciekawienie, ale i lekki niepokój, bo raz za razem oblizywał się i ziewał.