— Nic się nie bój. Niczego nie zmieniam. Wyrzucam tylko część starych gratów.

— Ja też jestem starym gratem.

— Ale ty jesteś stworzeniem, nie rzeczą.

Na twarzy Iwana malował się wyraz uprzejmego niezrozumienia. On sam nie czynił takiego rozgraniczenia. Świat dzielił się na to, co było Iwanem, i na to, co nim nie było. To drugie zaś dzieliło się na rzeczy sprawiające radość, jak śniadanie, Prezydent, ślimak, patyk, kupa albo suki, i rzeczy, które radości nie sprawiały, a więc deszcz, głód, samochody, pchły i polewanie wodą ze szlaucha.

— Musisz rozgraniczać, co jest żywe, a co nie! — irytował się Prezydent. — Ty i ja żyjemy, a kamień nie.

Ryży Iwan odpowiadał zwykle, że kury sąsiadów też czasem są żywe i biegają, gdaczą, a czasem nawet latają, jeśli wpadnie się znienacka na podwórko; kiedy indziej zaś są zdechłe i wtedy łatwiej je zjeść.

— To zupełnie nie tak — tłumaczył Prezydent. — Kamień, widzisz, nigdy nie był żywy, a kura jednak była. Dlatego kura należy do świata ożywionego, a kamień nie.

Ponieważ Ryży Iwan nie do końca radził sobie z pojęciami takimi jak „kiedyś”, „wczoraj”, „było”, „będzie”, i jak większość psów żył wyłącznie w czasie teraźniejszym, milczał bardzo długo. Wreszcie rzekł:

— Kura, jeśli długo leży zdechła, to zamienia się w same kości. Może kamienie to też takie kości.

Prezydent prychnął tylko, niezadowolony, więc Iwan próbował dalej: