— A czy kupa jest bardziej jak kura czy bardziej jak kamień?

Musiał potem szybko uciekać, bo Prezydent strasznie mu naubliżał i rzucił w niego starym butem, ale tak, żeby nie trafić. Żeby jednak zrobić swojemu człowiekowi przyjemność, Ryży Iwan umknął z podkulonym ogonem i grzbietem wygiętym w pałąk, jak hiena. Iwan jest bowiem bardzo uprzejmym psem i lubi, gdy Prezydent czuje się silniejszy i groźniejszy niż w rzeczywistości. Takie przeświadczenie o sobie samym czasem bardzo pomaga w życiu.

Ryży Iwan jest już stary, ale Prezydent jest jeszcze starszy i pamięta matkę, babkę i prababkę Iwana. Wszystkie trzy były porządnymi sukami. Mieszkały w niskiej, parterowej chatce krytej eternitem przy błotnistej uliczce niedaleko rynku, tej samej, gdzie teraz żyje Prezydent z Iwanem. W sercu Dębicy jest bowiem kilka miejsc wyglądających, jakby leżały na wsi, a nie w centrum powiatowego miasta, któremu niewiele brakowało, a mogłoby mieć prawdziwego prezydenta w miejsce burmistrza. Domek stał poniżej poziomu ulicy i schodziło się do niego po paru betonowych schodkach, a okno od frontu znajdowało się na poziomie bruku i można przez nie było oglądać nogi przechodniów, aż do kolan.

Chatka należała nie tylko do matki, babki i prababki Iwana, ale też do matki i babki Prezydenta. Trzy mądre suki pozwalały mieszkać u siebie tym dobrym, ale trochę niezaradnym kobietom. Tak mawiał Ryży Iwan, choć Prezydent zarzucał mu wtedy, że łże jak pies. Nie miało to jednak znaczenia, bo nikt prócz Prezydenta nie rozumiał, co mówi Iwan. No i nie można tak naprawdę kłamać, jeśli nikt nie rozumie tego, co się mówi, a nawet jeśli rozumie, to i tak nie wierzy.

Odkąd umarła babka, Prezydent żył w domku poniżej ulicy sam, nie licząc psów.

*

Śmierć w życiu Prezydenta była częstym gościem, i to nie zawsze przez myszy. Po tym, co stało się z panią Elizą i panem przewodnikiem, przestraszył się siły mysiej zemsty. Raz próbował wyspowiadać się z całej tej sytuacji, ale stary ksiądz pogonił go precz i nie dał rozgrzeszenia za robienie sobie kpin. Musiał więc Prezydent nauczyć się żyć z poczuciem winy, a przy okazji żyć tak, by nie dać się skrzywdzić. Zaczął chodzić na basen, a w szóstej klasie zapisał się na boks do osiedlowego klubu. Wolałby karate, ale boks był darmowy. Rozrósł się szybko wzdłuż i wszerz, a choć nadal nikt go nie lubił i nie miał przyjaciół, to jednak zaczęto się go trochę bać. Cieszył się z tego. Jeśli będą się go bali, to go nie skrzywdzą, a jeśli go nie skrzywdzą, nie zostaną pożarci.

Kiedy podrósł jeszcze trochę, przestał wierzyć w myszy.

A potem śmierć zabrała matkę Prezydenta. Zabrała ją na długo przed tym, gdy naprawdę umarła, zabierała ją po kawałku i na chwilę oddawała, by zaraz potem wydrzeć jeszcze większy kęs jej życia. Tak się umiera na niektóre nowotwory. Matka przez kilka lat uskarżała się na różne bóle, kłucia, łupania i rozpierania, i lekarze twierdzili, że to nic, póki pewnego dnia nie znaleźli rozlanego wielonarządowego nowotworu, z którym nic się nie dało zrobić, więc nic nie zrobiono. Za późno, za późno, gdyby pani przyszła wcześniej, można by to i można by tamto. Niebawem matka spuchła i nie mogła się poruszać, a jej ręce i nogi zaczęły przypominać ciasto na pierogi. Czasem jej ciało pękało i sączyło się z niego przejrzyste, bezwonne umieranie. Krzyczała wtedy tak, że stara sąsiadka z dołu waliła w kaloryfer — mieszkali wtedy w bloku, w M3 z oknami wychodzącymi na zarośnięty kirkut. Na miesiąc przed końcem zabrali ją do specjalnego szpitala, i tam było już trochę lepiej, bo choć matka cierpiała z pewnością tak samo, to on już nie musiał na to cierpienie patrzeć i zwijać się w środku z bezsilności, której nie da się wypowiedzieć.

Raz — jeden, jedyny raz, po wizycie w szpitalu, gdy zamroczona matka w ogóle go nie poznała — przyszło mu do głowy, że powinny tu wkroczyć myszy. W myszy już co prawda nie wierzył, ale przecież i w Boga ludzie często nie wierzą, a jednak się modlą. To nieuczciwe tak cierpieć, że już jest się nie sobą, tylko bólem. Tak się nie robi ludziom.