Następnego dnia rankiem zadzwoniono, że toksemia, że reanimacja, że nagle, że bardzo im przykro, że o czwartej trzydzieści pięć.

Wkrótce po pogrzebie ojciec przyprowadził do domu Bernadkę. Nie na stałe, ma się rozumieć, takie rzeczy nie uchodziły wtedy jeszcze w małym miasteczku, ale tak od czasu do czasu. Nakazał Prezydentowi nazywać ją ciocią, więc chłopak uparcie zwracał się do niej per pani.

Któregoś razu Prezydent musiał dotrzymać jej towarzystwa, gdy ojciec wyszedł do kuchni zapalić. Siedzieli przez chwilę we dwójkę w milczeniu, bo też o czym miał rozmawiać z tą kobietą, szczupłą i niebrzydką, o paznokciach pomalowanych na taki odcień zieleni, jakiego nie ma w przyrodzie. Skubał więc skórki przy paznokciach i wpatrywał się w wytarty turecki dywan z przemytu, kupiony przez rodziców jeszcze za komuny.

— Wiesz — odezwała się niespodzianie Bernadka. — Znamy się z twoim tatą już od paru miesięcy. Niedługo zabiorę ci go na zawsze.

Prezydent nie mógł uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że usłyszał to, co usłyszał. Skulił się tylko i stał się mały, maleńki, choć przecież był dwa razy większy od tej kobiety. Przestały mieć znaczenie mocne ramiona wyrobione na basenie i nabyta w czasie treningów krzepa. Znowu był nikim; więcej, pojął, że tak naprawdę nigdy nie przestał być nikim i cała jego siła oraz szeroki kark znaczą tyle, co pył na wietrze. Ktoś może przyjść i odebrać mu wszystko, jeśli tylko będzie miał taką ochotę. Nic nie odpowiedział i nie odezwał się nawet wtedy, gdy ojciec wrócił spowity w kwaśną woń papierosów.

Był nikim. Był myszą.

A Bernadka rzeczywiście zabrała mu tatę, choć nie do końca w taki sposób, w jaki chciała. Niedługo później po raz pierwszy została na noc. Choć oboje z ojcem zachowywali się cicho, to w małych mieszkaniach nie ma prywatności i wszystko zawsze słychać. Co to bowiem za prywatność na odległość wyciągniętej ręki, odgrodzona tylko cienką ścianą.

Prezydent wyprowadził się więc do babki, do domku poniżej ulicy. Ojciec pewnie odetchnął z ulgą, bo nie musiał już dzielić przestrzeni z synem, któremu nie miał właściwie nic do powiedzenia. Milczenie w domu zawsze jest ciężarem, nawet jeśli nie lubi się innych domowników. A ojciec przecież nie lubił Prezydenta, nawet jeśli go po swojemu kochał.

Widywali się więc rzadko, a jeszcze rzadziej rozmawiali. Może i tak by mogło zostać, bo wielu ludzi żyje w taki sposób, a u babki nie było przecież Prezydentowi źle. Ale raz wrócił do mieszkania z oknami na kirkut, może po ciepłe ubrania, a może po jakąś książkę, i zastał ojca krzątającego się po kuchni, przygotowującego jakąś wymyślną potrawę, czego nigdy nie robił. Był rumiany, pewny w ruchach i młodszy niż zwykle, bo nowa kobieta zawsze tak działa na mężczyznę. Gdyby Prezydent miał więcej lat, a jego życie wyglądało choć trochę inaczej, może by to zrozumiał.

Ale miał tyle lat, ile miał, i — dobrze wiedział — skazany był na pozostanie myszą po kres swoich dni. A kiedy z małego pokoju wyjrzała Bernadka i posłała mu zły, triumfalny uśmiech, uciekł. Wieczorem, przełykając gorące łzy i myśląc o matce w grobie, życzył Bernadce, by myszy weszły w jej usta we śnie i pożarły ją od środka. By przegryzły jej żołądek i drążyły tunele w jej wątrobie i płucach, by uwiły gniazda w ciemnych i wilgotnych głębiach jej trzewi.