Nekrologi zobaczył po trzech dniach, a zanim minął tydzień, musiał odciąć swego ojca od klamki kuchennych drzwi. Ojciec wisiał już na niej pewnie jakiś czas, bo był czarny, rozdęty i pachniał trupem, a pośmiertna sztywność ustępowała już z wolna z jego ciała. Nie zostawił żadnego listu. Milczał po śmierci tak samo, jak milczał za życia, i tak samo jak dawniej nie miał synowi nic do powiedzenia. Pochowano go przy matce na starym cmentarzu, tym samym, na którym potem Prezydent kopał groby dla dzieci i biedaków. Bernadkę zaś złożono kilka kilometrów dalej, na nowym cmentarzu na górce, tym, z którego widać całe miasto. Prezydentowi wydało się słuszne i sprawiedliwe, że jego rodziców pochowano razem, a tę trzecią daleko i na uboczu. Widać w śmierci jest jednak jakaś sprawiedliwość.
W środku był pusty i nie zastanawiał się nad tym, co uczynił. W szkole uczono go, że starożytni Egipcjanie wytrzewiali zwłoki przed ich mumifikacją. Tak właśnie się czuł: bez wnętrzności, bez wątroby, bez mózgu, wydrążony jak spróchniała kłoda. Myszy mogłyby zjeść pół świata. Nie dbał o to.
Wkrótce do chatki poniżej ulicy zapukał komornik. Okazało się, że ojciec przed śmiercią nabrał kredytów, by spłacić niemałe długi Bernadki. Kredyty zresztą zaciągał i wcześniej, na leczenie matki. Prezydent i babka przelękli się komornika i pozwolili mu zlicytować mieszkanie z oknami na kirkut za kwotę o wiele poniżej jego wartości. Komornicy, długi i kredyty to był świat, którego oboje nie rozumieli i z którym nie chcieli mieć nic wspólnego, jakby wszystkie te sprawy należały do jakiegoś diabelskiego porządku. Po latach pan Jonasz powiedział Prezydentowi, że można było załatwić to inaczej, ale wtedy nie miało to już najmniejszego znaczenia. Pan Jonasz był zresztą starym bajkopisarzem i nie należało wierzyć w to, co mówi. Zwłaszcza gdy mówił na trzeźwo.
Być może inni obwinialiby się o te śmierci, i te zawinione wprost, i te zawinione pośrednio. Ale ci ludzie najpewniej nigdy nie byli myszami i nic nie rozumieją. Nawet pani Jowita nie pojęła tego, gdy odważył jej się opowiedzieć o myszach przy następnym spotkaniu. Nie uwierzyła mu, co trochę go rozczarowało, a trochę jednak ucieszyło, bo mógł udawać, że tylko opowiada jakieś straszne bajki bez morału; takie bajki są najlepsze.
— Mogłyby zjeść mojego starego. Miałabym chwilę spokoju — roześmiała się trochę ochryple, bo tym razem pili wino.
Wino oczywiście ona kupowała. Prezydentowi wydawało się nie w porządku, że piją wino, którego butelka kosztowała pewnie tyle, ile on wydawał przez cały tydzień, jak nie więcej; wydawało mu się to nie w porządku, że takie wina w ogóle istnieją i że są kupowane. Nie powiedział jednak nic, aby nie robić przykrości pani Jowicie. Poza tym pewnie by tego nie zrozumiała, i może nawet zarzuciłaby mu, że przesadza.
Prezydent nie po raz pierwszy w życiu poczuł, że nadmiernie się obnażył przed innym człowiekiem. Przywykł jednak, że inni mu nie wierzą, bo przecież pani Jowita nie ośmieliłaby się żartować z myszy, gdyby wierzyła w nie choć odrobinę. Nie przejął się tym jednak tak, jak mogłoby się wydawać. Wiedział, że ma wpływ na bardzo niewiele spraw, i że to życie rządzi nim, a nie on życiem, a to jest bardzo uwalniająca wiedza. Zrozumienie tego pozwala na wyrzucanie próżnych i spóźnionych żalów razem z innymi starymi gratami.
*
Raz na jakiś czas coś wstępuje w dębickich włodarzy i zaczynają wycinać drzewa. Miasto rozbrzmiewa wówczas warkotem pił motorowych i pokrzykiwaniem ludzi. Czasem wycina się jedno drzewo, stare, rozłożyste i piękne. A czasem tylko ścina się koronę, pozostawiając kilkumetrowy kikut, podobny do posągu pogańskiego bóstwa, i tylko czekać, aż w korze pojawią się grubo ciosane wąsate oblicza, spoglądające na cztery strony świata. Takie okaleczone drzewo desperacko trzyma się życia i wypuszcza gwałtownie nowe gałęzie, niemal z dnia na dzień. Gałęzie te, duże, lecz słabe, nazywa się wilkami; łamią się one przy silniejszych podmuchach wiatru, zagrażając ludziom i ich dobytkowi. Stanowią pretekst do zupełnego wycięcia. Takie przedłużanie agonii drzewa wydawało się Prezydentowi zbędnym okrucieństwem; lepiej byłoby wyciąć je od razu.
Prezydent pamięta, jak w jego dzieciństwie Dębica była zielonym miastem. Później jednak wycięto zabytkową topolową aleję wiodącą do dworu na Wolicy, a także pradawne dęby wzdłuż starego dworskiego muru. Potem lipy przy drodze do posiadłości Rejów w zakolu Wisłoki i inne drzewa wzdłuż ulicy Kraszewskiego, nie pamiętał już dokładnie jakie. Tak samo uczyniono z wielką wierzbą przy Słonecznej, choć w pobliżu nie stały żadne domy ani nic, czemu ta wierzba mogłaby zagrażać. Zagrożenia nie stanowiły też bzy wzdłuż Krakowskiej na Kępie, pod które w majowe noce chodziło się całować z dziewczynami. Miejsca po drzewach przeważnie wyłożono kostką brukową w kolorach szarym i różowym. Gdzieniegdzie tylko posadzono klony, których korony regularnie przycinano w kształt nieco spłaszczonych kul. Wyglądały przez to jak wzięte z dziecięcego obrazka i w niczym nie przypominały prawdziwych drzew. Prezydentowi wydawało się, że muszą bardzo cierpieć.