Wycinkę prowadzono bez względu na to, która partia miała przewagę w Radzie Miasta. Choć może nie należy do tego przywiązywać nadmiernej wagi, bo od lat byli to przeważnie ci sami ludzie. Zmieniały się tylko barwy polityczne, które może mają znaczenie w Warszawie, ale w Dębicy już nie.
Wojna przeciw drzewom była już prawie wygrana. W całej Dębicy nie zostało ich wiele. Szala zwycięstwa od dawna przechylała się na korzyść kostki brukowej, co najwyraźniej cieszyło kolejnych burmistrzów.
Kilka drzew jednak nadal trwało, a wśród nich pradawna lipa tuż obok domu poniżej ulicy. Jej węźlaste korzenie, podobne do podziemnych węży, wypychały w górę płyty chodnika i napierały na płot, przez co wykrzywiał się skoliotycznie. Prezydentowi to nie przeszkadzało, podobnie jak to, że korzenie drążą pod domem i być może osłabiają jego konstrukcję. Przeciwnie — nocami miał wrażenie, że obejmują go czule i ochraniają. Latem lipa wibrowała pszczelim gwarem, a kwiaty można było zbierać i suszyć, by mieć herbatę na rozgrzanie na chłodniejsze pory roku. Jesienią całe podwórko tonęło w liściach, a w zimowe noce trzeszczała i skrzypiała od mrozu. Może opowiadała krzepiące baśnie wielkim rzeszom myszy i innych małych zwierzątek, które znalazły schronienie w głębinach wykrotów i zakamarkach jej drzewnego ciała.
Nie powinien więc Prezydent się zdziwić, gdy pewnego dnia po wypiciu porannego piwa i omówieniu prasy w towarzystwie pana Jonasza, Szegiego i Ryżego Iwana wrócił do domu poniżej ulicy i ujrzał chodnik zabezpieczony żółtymi taśmami, ciężarówkę z wysięgnikiem i grupkę mężczyzn w zielonych kombinezonach służby zieleni. Robotnicy dźwigali ciężki, złowrogi sprzęt i wcale nie wyglądali, jakby mieli służyć zieleni.
— Co wy tu robicie? — zapytał Prezydent dość głupio, bo przecież dobrze wiedział co.
— Odsuń się pan i nie zawadzaj, będziemy ciąć, można w głowę dostać — warknął jeden z nich, nie patrząc na Prezydenta.
Drugi na próbę zawarczał piłą motorową Stihl, żrrrymmm, żrrrymmm.
— Ale jak to?
— Ale srak to. Weź pan idź stąd.
Prezydent w pierwszej chwili uczynił to, co czynił zawsze, gdy spotykał się z czyjąś wrogością: zamarł w bezruchu i nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. A choćby nawet mógł coś powiedzieć, to kompletnie nie wiedział co.