A przecież tak nie można. Wiadomo, bzów na Kępie i dębów na Wolicy szkoda, ale to tutaj to było coś zupełnie innego. To przecież była jego lipa, bo choć rosła poza terenem posesji, to przecież codziennie wsłuchiwał się w szum jej liści, latem zbierał jej kwiaty, a w dzieciństwie wspinał się na nią tak wysoko, że babka bladła i nie mogła wydobyć z siebie głosu, zupełnie jak on teraz.
— Długo tak pan tu będziesz sterczał? Idź pan w cholerę, bo wezwiemy odpowiednie służby.
Prezydent poszedł więc w cholerę, by wszystko na spokojnie przemyśleć w zaciszu domu. Musiał przecież istnieć jakiś sposób, by ocalić lipę — był jej to winny za te wszystkie lata, przez które drzewo czuwało nad nim i jego domem. Słyszał, jak gdzieś ekolodzy przywiązali się łańcuchami do drzew, by zapobiec wycince puszczy, ale nie mógł sobie przypomnieć, czy im się udało, czy nie. Tam chodziło jednak o pradawną knieję, a nie o starą samotną lipę. No i nie znał żadnych ekologów, a choćby nawet znał, to nie miał czasu, by ich tu ściągnąć.
Nie lubił działać. Działanie nigdy nie wychodziło mu dobrze ani na dobre. Ale teraz nie miał wyboru.
— Jaja sobie robisz, prawda? — zapytał Ryży Iwan, widząc, że jego przyjaciel wygrzebuje z komórki stary przerdzewiały łańcuch krowiak, którym babka Prezydenta uwiązywała matkę, babkę i prababkę Iwana, kiedy się ciekały.
Iwana nigdy Prezydent nie próbował uwiązywać; raz, że sam pomysł wydawał się równie niedorzeczny co uwiązanie na łańcuchu wiatru albo śmierci, a dwa, że takich rzeczy przyjacielowi się po prostu nie robi.
Nie mówiąc nic psu, Prezydent zabrał łańcuch i wyszedł.
*
Ocknął się w białej jasności, od której piekły oczy. Całe jego ciało pulsowało bólem, przytłumionym najwyraźniej lekami, ale i tak wyczuwalnym pod lepką narkotyczną chmurą oblepiającą myśli.
Trudno mu było zlokalizować jego źródło, póki nie spróbował poruszyć głową. Mimo unieruchomienia kołnierzem ortopedycznym ból wybuchł mu w głowie setką fioletowych powidoków, jakby zapatrzył się w słońce. Jęknął głucho.