— Leży, leży, nie rusza się — rzuciła pielęgniarka o szerokich ramionach. A więc był w szpitalu.
To chyba niedobrze.
— Pić — udało mu się wreszcie powiedzieć.
— Pan już swoje wypił. Zupełnie pijanego pana przywieźli — odparła kobieta srogo. Niemniej nalała wody z kranu do plastikowego kubka i pomogła Prezydentowi przełknąć kilka łyków.
Usiłował zaprotestować, że na pewno nie był pijany, bo tamtego ranka wypił tylko jedno, góra dwa piwa z panem Jonaszem, Szegim i Ryżym Iwanem. Pamięć jednak płatała mu figle, głowa łupała jak na porządnym kacu, a wspomnienia plątały się i nie chciały ułożyć w jeden ciąg. Może więc wypił więcej, niż mu się wydawało.
Teraz, gdy sobie powoli wszystko przypominał, dochodził do wniosku, że rzeczywiście mógł wychylić jeszcze kielonka, dwa albo pięć, zanim odważył się wyjść do robotników, okaleczających metodycznie jego lipę, gałąź za gałęzią. Potem obwiązał się łańcuchem w pasie i przerzucił pętlę przez jeden z bocznych konarów. Wdrapał się wyżej, nie bacząc na gniewne okrzyki mężczyzn w kombinezonach. Wspinaczka szła mu lekko jak w dzieciństwie. Może miała z tym coś wspólnego wypita wódka, bo przecież na trzeźwo nie ośmieliłby się wspiąć tak wysoko. Alkohol i gniew płonęły mu w żyłach, alkohol, gniew i coś jeszcze — być może radość z tego, że po raz pierwszy w życiu robi coś wbrew innym, że stawia na swoim i wygrywa, wygrywa choćby przez jedną krótką chwilę.
Robotnicy w dole kurwowali wściekle. Zebrało się kilku gapiów, a Prezydent nic sobie z tego nie robił, tylko siedział w rozwidleniu gałęzi, podobny do prastarego leśnego bóstwa, które wychynęło nagle z lipowej kory po stuleciach uśpienia. Tłum w dole rósł, a on czuł się niezwyciężony i było to bardzo przyjemne uczucie. Mógłby ciskać w dół pioruny, gdyby tylko zechciał. To było południe jego życia.
Trwało to krótko. Nie zdążyła przyjechać policja ani choćby straż miejska. Wskazówki zegara jego życia drgnęły i przesunęły się na minutę po dwunastej. I już było po południu. Bo niespodziewanie z dołu odezwał się dziecięcy głos:
— Ale zjeb! Patrz, tato, jaki zjeb! — Mały chłopiec, różowiutki jak prosiaczek, podskakiwał i szarpał za skraj koszuli tęgawego mężczyznę.
— Jak ty się wyrażasz. Matka cię tego nauczyła?