*

Z Prezydentem i myszami było tak.

W ósmym roku jego życia padły rybki w klasowym akwarium. Jednego dnia pomykały sobie w najlepsze wśród wodorostów i kolorowych kamyczków, a drugiego dryfowały brzuchami do góry, rozdęte jak choinkowe bańki i wpatrzone zmatowiałymi oczami w jakiś smutny, podwodny zaświat. Neonki, molinezje, jeden tłusty welon i parę czarnych rybek o wyłupiastych oczach, przezywanych teleskopami, które Prezydent lubił najbardziej. Ostał się tylko glonojad, ale glonojad od dawna nie robił nic, tylko zalegał na żwirowym dnie, podobny do kamienia nakrapianego słonecznymi plamkami. Możliwe więc, że glonojad umarł również, tyle że mniej widowiskowo i nikt tego nie zauważył.

Pani Eliza, wychowawczyni klasy drugiej be, stwierdziła od razu, że ryby pozdychały z przejedzenia. No bo jak takie grube, to nie mogło być inaczej. Ryby, wiadomo, są głupie i zeżrą wszystko, co im się da. Argumentacja ta trafiła do wszystkich dzieci, choć teraz, gdy Prezydent jest stary i więcej zna się na zwierzętach, to wie, że wcale to tak nie działa i ryby pęcznieją z wielu przyczyn. Skoro jednak przejedzenie, to ktoś musiał nasypać im zbyt wiele karmy.

Wychowawczyni, bogata w wiedzę pedagogiczną łączącą tradycję z nowoczesnością, rozpoczęła dochodzenie. Najpierw przepytała dyżurnego. Dyżurował akurat Tomek, zwany Grubym Bubą, który był ulubieńcem pani Elizy i wolno mu było bić inne dzieci. Gruby Buba powiedział, że to nie on, został tedy uniewinniony. By zatem wykryć winowajcę, uciekła się pani Eliza do chytrego podstępu. Zapędziła całą klasę do łazienki, odkręciła wodę w kranie i nakazała wychowankom chlapać ile wlezie. Po powrocie do sali ustawiła dzieci w kółeczku z rękami wyciągniętymi w przód, jak u zmarłych, co wstali z grobu.

Prezydent stał razem z innymi, z bijącym sercem i strachem w oczach, bo widział, jak ręce innych dzieci ociekają wodą, jego zaś są prawie suche. Do umywalki ledwo się dostał, nigdy nie miał śmiałości, by przepychać się w stadku dzieci. Nie miał pojęcia, co ta suchość oznacza, ale dobrze czuł, że zaraz stanie się coś niedobrego. Nie zdziwił się więc, gdy pani Eliza po obmacaniu jego dłoni z triumfalnym uśmiechem wyciągnęła go na środek.

— No, no — powiedziała. — No, no, no. Kto by pomyślał.

— To nie ja — pisnął.

Przeraziło go, że może zostać oskarżony o coś, czego nie zrobił. Nogi ledwo go trzymały i miał wrażenie, że zaraz się przewróci.

— Winny się tłumaczy — rzekła surowo. — Kto zawinił, boi się wody. A woda nie kłamie, w przeciwieństwie do ciebie.